piątek, 10 lutego 2017

Rozdział 43.

~ Nareszcie!

W jej pokoju nie było niczego, co mogłoby przypominać o tym, że ona kiedykolwiek tam mieszkała. Zniknęły wszystkie rzeczy, które do niej należały, wszystkie zdjęcia i pamiątki. Jej pokój wyglądał tak, jak pokój każdej innej dziewczyny w jej wieku. Nic nie wskazywało na to, żeby należał do Seleny.
- Cholera! - zawołałem cicho, gdy zobaczyłem, że drzwi jej pokoju się otwierają. Szybko stanąłem obok bocznej barierki tak, żeby nie było mnie widać przez okno.
Wychyliłem się delikatnie, żeby zobaczyć, kto wszedł do środka. Miałem nadzieję, że będzie to Selena, ale bardzo się zdziwiłem, gdy zobaczyłem, że to jej matka.
Widząc ją, postanawiam ewakuować się z balkonu jak najszybciej.
- Zmywamy się stąd - mówię do Joty, gdy zszedłem na dół. Nie musiałem powtarzać mu tego dwa razy - od razu szybko opuściliśmy posesję mojej dziewczyny.
- O co chodzi? - zapytał mnie brat, gdy byliśmy już przy samochodzie, a ja otwierałem jego drzwi.
- Po prostu na pewno jej tutaj nie ma - a zaraz potem mruknąłem do siebie: - i na pewno już nie będzie.

********

- Wróciłem! – zawołał Jota, trzaskając przy tym drzwiami. Jakąś godzinę temu stwierdził, że idzie na zakupy i szczerze mówiąc miałem nadzieję, że nie będzie go trochę dłużej.
Nie odpowiedziałem mu, więc jakąś minutę później przyszedł do salonu, gdzie się znajdowałem. Stanął za mną i spojrzał na ekran mojego laptopa, na którym właśnie pracowałem.
A raczej szukałem informacji.
- Nadal nie dajesz sobie spokoju? – zapytał, rzucając stos kartek na stolik przede mną.
- Nie. Masz z tym jakiś problem? – rzuciłem, podnosząc na niego wzrok na dosłownie ułamki sekund i ponownie wróciłem do patrzenia w ekran laptopa.
- Nie, wręcz przeciwnie. Myślałem, że będziesz na tyle zawiedziony jej zachowaniem, że zaprzestaniesz jej poszukiwań. A jednak ty szukasz dalej. Nie sądziłem, że kochasz ją aż tak mocno.

Spojrzałem na niego zły za to, co powiedział.
- Gdybym nie kochał jej tak  bardzo, to nie traktowałbym jej tak poważnie - warknąłem w jego stronę, a on słysząc to uniósł ręce do góry. 
- Spokojnie. Po prostu jestem pod wrażeniem. I jak najbardziej chciałbym pomóc ci w jej poszukiwaniach. 
- Jak na razie mógłbyś mi dać w końcu święty spokój - mruknąłem, przeglądając kolejną stronę internetową. 
- Dobrze, już dobrze. Na stole masz pocztę, przed chwilą minąłem się z listonoszem - powiedział i zostawił mnie samego. W końcu. 
Próbowałem w internecie znaleźć jakieś informacje o miejscach, w których mogłaby być. Zacząłem od przejrzenia wszystkich jej portali społecznościowych. Nie było ich wiele, więc sprawdzenie ich nie zajęło mi długo. Okazało się, że nie używała ich aż od momentu, gdy wyjechała z Barcelony, żeby pisać te swoje egzaminy. Dlatego postanowiłem poszukać w innym miejscu. Miałem ogromną nadzieję, że dziennikarze choć raz w czymś mi pomogą. Jakby nie patrzeć wiele razy w prasie i internecie pojawiały się już jakieś artykuły o Selenie, jako mojej dziewczynie oczywiście. Przeglądałem już kolejny, chyba z trzysetny portal plotkarski, ale jak na złość akurat teraz nikt nie zainteresował się tym, co Selena mogłaby robić i gdzie przebywać. 
Laptopa zamknąłem na dobre jakieś pół godziny po wyjściu Joty. Jeszcze bardziej zdenerwowany zacząłem krążyć po pokoju. Aż w końcu mój wzrok padł na listy leżące na stoliku. A w głowie pojawiła mi się tylko jedna myśl: A może ona napisała do mnie list?
Jak głupi zacząłem przeglądać każdy po kolei. 
- Instytut, jakieś reklamy, coś od fanów - zacząłem czytać na głos nadawców. - jakieś pocztówki o Rafy, list od państwa Rodriguez, gratulacje od Barcy.... 
Przejrzałem wszystkie, ale listu od Seleny bark. Za to znalazłem coś równie interesującego.
Otworzyłem jedyną przesyłkę, która w jakikolwiek sposób mnie interesowała i w kopercie znalazłem zaproszenie. 
Państwo Rodriguez zapraszali mnie znów na tą swoją sławną kolację. Od razu przypomniał mi się moment, w którym po raz pierwszy spotkałem Selenę. To w sumie dzięki nim poznałem jedną z najważniejszą z kobiet w moim życiu. 
Sprawdziłem datę - dzisiejszy wieczór. 
Jeśli będę miał szczęście to spotkam tam wujka i ciocię Seleny. A od kogo najlepiej jest wyciągać o kimś informacje jeśli nie od jego rodziny? 
Tak więc chyba postanowione - dzisiejszego wieczoru idę na tę kolację i dowiaduję się całej prawdy o tym, co wydarzyło się z Seleną. 
Nareszcie!



Ktoś był może dzisiaj na premierze"Ciemniejszej Strony Greya"? Jeśli tak to jak wrażenia, co do filmu? 

sobota, 28 stycznia 2017

Rozdział 42.

~ "To jaki jest plan?"

Trening. To jest w tym momencie miejsce dla mnie. Wszystkie złe emocje mogłem pozostawić za sobą, grając w piłkę. Przynajmniej na najbliższy czas. A wyżycie się na piłce było chyba jedyną rozsądną rzeczą, którą potrafiłem zrobić. Inaczej wyładowałbym swoją złość na kimś, a tego jak najbardziej nie chciałem i nie było to na szczycie listy moich marzeń.
Czasami wyżycie się na czymś naprawdę pomaga, pozwala zostawić złe emocje za sobą i znów zacząć racjonalnie myśleć. I tak ja po skończonym treningu zdecydowanie powróciłem do logicznego myślenia. Będąc pod prysznicem dużo myślałem na temat tej sytuacji. Po powrocie znów do szatni byłem już pewien, że nawet, jeśli Selena zostawiła mnie dla kogoś innego, to mimo wszystko chcę z nią jeszcze choć raz porozmawiać.
Za wszelką cenę.
Bo nic mi tu do siebie nie pasowało, a zbyt wiele razy obiecałem, że ją znajdę.
Dlatego to zrobię.
Przez moje ociąganie się wszedłem z szatni jako jeden z ostatnich. Pożegnałem się z ter Stegenem, Rafinhą i Albą, a potem zszedłem na parking. Zostawiłem swoją torbę na tylnim siedzeniu, ale zaraz potem nie usiadłem na fotelu kierowcy i nie odjechałem. Zamknąłem samochód i ponownie udałem się do budynku. Musiałem znaleźć Enrique.
Oczywiście znalazłem go w jego gabinecie, gdzie siedział za stertą papierów, niektóre z nich nawet wypełniał. Widziałem wśród nich teczki jakichś nieznanych mi piłkarzy, ale nie interesowałem się tym. W innym wypadku pewnie bym to zrobił, ale nie dzisiaj. Teraz miałem do załatwienia ważniejszą sprawę niż zawsze.
- Trenerze - powiedziałem, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Nawet nie zauważył mnie, kiedy wszedłem do środka.
- Tak, Neymar? - zapytał, podnosząc głowę znad papierów.
- Musimy pogadać - rzekłem, siadając na krześle przed jego biurkiem.
Enrique westchnął, kładąc obie ręce na blacie i spoglądając na mnie ze współczuciem.
- Chodzi o tę całą sprawę z Seleną, prawda? - Oczywiście wiedział, co chodziło mi po głowie.
Ja jedynie kiwnąłem głową.
- Rozumiem w pełni twoją sytuację, ale wiem, o co chcesz mnie prosić. I niestety, ale nie będę mógł się na to zgodzić. Jesteś jednym z ważniejszych piłkarzy tej drużyny i zdecydowanie musisz grać we wszystki meczach do końca tego sezonu. Nie pozwolę ci na opuszczanie treningów. Nawet nie ma takiej opcji - powiedział, a widząc moja minę dodał - Naprawdę ci współczuję, Neymar, ale dla mnie jako trenera najważniejsza jest twoja dyspozycyjność i obecność na boisku.
W pełni go rozumiałem. Był trenerem, na dobrą sprawę nie powinny go obchodzić żadne nasze sprawy prywatne. I nawet jeśli wiedziałem, że Enrique byłby dla mnie przychylny w pewnych kwestiach, nie chciałem nadwyrężać jego cierpliwości i zaufania wobec mnie. Ale jednak musiałem mu o jednym powiedzieć.
- Rozumiem, że trenerowi zależy, żebym był w dobrej dyspozycji. Też tego bardzo chcę. Tylko problem jest taki, że teraz z pewnością będę musiał często wyjeżdżać z Barcelony. I chciałbym prosić o wyrozumiałość, jeśli czasami nie zdążyłbym na trening czy jakieś spotkanie. Po prostu, ja muszę ją znaleźć. To jest teraz moim priorytetem.
W oczach Luisa widziałem to współczucie, którym mnie odbarzał. Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.
- Nie musiałeś mnie nawet o to pytać. Przecież wybaczyłbym ci to jedno czy dwa spóźnienia. Zdziwiłbym się, gdybyś się ani razu nie spóźnił. Przecież nawet wcześniej to robiłeś - zaśmiał się. - Ale nie trać czasu na głupie rozmowy ze mną. Jedź jej szukać.
Też musiałem się uśmiechnąć.
- Jak najbardziej zamierzam to zrobić - powiedziałem. - Kiedy kolejny trening?
- Dla ciebie? Jutro wieczorem.
- Dziękuję - tym słowem zakończyłem rozmowę z Enriquem i wyszedłem z jego gabinetu. Oczywiście miałem świadomość tego, że pozwolił mi on pominąć jutrzejszy poranny trening. Czyli jest naprawdę dobrze.
Z radością ruszyłem do samochodu i pojechałem do domu. Oczywiście Jota musiał tam być. On mało kiedy wychodził poza jego granice.
- Jestem - zawołałem, zdejmując buty w przedpokoju. Tak jak myślałem, mój brat znajdował się w salonie, skąd dotarła do mnie odpowiedź.
Zaraz potem Jota pojawił się obok mnie.
- I jak? - zapytał.
- Dobrze, trening był całkiem spoko - odpowiedziałem, zabierając swoją torbę z podłogi. Skierowałem się z nią do swojego pokoju.
- Nie o to pytałem. Chcę wiedzieć, czy wymyśliłeś coś odnośnie Seleny.
Przewróciłem oczami. Martwił się o nią tak samo bardzo, jak ja.
- Tak. - mruknąłem. - Wracam dzisiaj do Mountblanc.
Wszedłem do pokoju, a on za mną.
- A po jakiego grzyba? - usiadł sobie jak gdyby nigdy nic na moim łóżku.
- Będę czekał. - wysypałem wszystko z torby i zacząłem pakować ją na nowo.

**********

Pod domem Sel byliśmy razem z Jotą jeszcze przed zmrokiem. Obserwowałem jej dom od dobrych paru godzin, ale nic takiego się nie wydarzyło. Jej matka jedynie wyszła raz przed dom, żeby odebrać pocztę, a potem nic się nie działo.
Ale około godziny pierwszej w nocy przyszedł mi do głowy pewien głupi pomysł, który za wszelką cenę chciałem zrealizować. Szturchnąłem w ramię Jotę, który spał sobie w najlepsze.
- Hmmm? - mruknął, przebudzając się ze swojej drzemki.
- Idę tam - powiedziałem, a mój brat momentalnie oprzytomniał.
- Oszalałeś? - zawołał.
- Tylko z miłości - mruknąłem pod nosem i wysiadłem z samochodu. On oczywiście zrobił to samo.
- To co robimy? - zapytał, idąc za mną pod bramkę posiadłości Seleny i jej rodziców.
- Widzisz ten balkon? - pokazałem palcem w stronę prawej strony budynku.
Jota spojrzał na mnie jak na świra, a zaraz potem szeroko się uśmiechnął.
- Będziesz się po balkonach wdrapywał do swojej Julii? Nie znałem cię od tej strony, Romeo - zaśmiał się.
- Poczekamy aż ty się zakochasz - walnąłem go lekko w ramię.
Przewrócił oczami.
- To jaki jest plan? - zapytał podekscytowany.
- Zaraz zobaczysz - powiedziałem i otworzyłem sobie furtkę jednym z kluczy, które nosiłem przy tych od samochodu.
Tak bardzo się teraz cieszę, że zabrałem je kiedyś Selenie.
Bezpiecznie wszedłem na posesję, a Jota podążał zaraz za mną. Podszedłem pod sam balkon i spojrzałem w górę.
- Stary, nie że coś, ale jak ty masz zamiar się tam wdrapać? - odezwał się mój brat.
I przyznam, że w tamtym momencie sam nie miałem na to koncepcji.
Ale potem przypomniało mi się pewne popołudnie, które razem spędzaliśmy w jej ogrodzie.
Pamiętam, że zauważyłem wtedy drabinę stojącą pod jej balkonem. Gdy zapytałem, co tam robi, powiedziała, że to sposób, by wyjść z domu tak, żeby jej matka tego nie zauważyła.
I to stało się moją koncepcją na dzisiaj.
Od razu zacząłem rozglądać się wokoło. Drabiny z pewnością nie było pod balkonem Seleny, ale stała jakieś pięć metrów dalej, oparta o ścianę domu.
Nic nie mówiąc pokazałem na nią Jocie, a on już zrozumiał moje plany. Oczywiście pomógł mi przenieść drabinę i już po chwili mogłem wspinać się po niej na balkon.
Wejście tam nie zajęło mi długo. Gdy tylko tam wszedłem, włączyłem latarkę w telefonie, by móc zobaczyć, co jest wewnątrz pokoju.
I naprawdę długooo zajęło mi wpatrywanie się w to, co tam zobaczyłem. Albo raczej to, czego tam nie zobaczyłem.
Bo dlaczego nie ma tam żadnych jej rzeczy?


Napisałam już epilog, ktoś zadowolony? xD

sobota, 14 stycznia 2017

Rozdział 41.

~ Kierunek Barcelona

Zatrzymałem samochód jakieś dwa kilometry dalej na poboczu przy jakieś pobocznej drodze. Zdenerwowany wysiadłem z niego i oparłem się o maskę. Wyjąłem telefon i znalazłem ten numer, który kiedyś dostałem i chyba ani razu z niego nie skorzystałem. Nie wahałem się czy zadzwonić.
To w tej chwili było dla mnie być albo nie być.
Trzy sygnały później usłyszałem jej głos.
- Słucham.
- Hey, tu Neymar.
- Wiem, wiem, mam twój numer. Co się stało?
Skąd to ona wiedziała, że coś jest na rzeczy?
- Jesteś może w domu?
- Nie, jestem w Madrycie u Michalea.
- A masz może jakiś kontakt z Seleną? - zapytałem z nadzieją, że może Ada będzie miała jakieś informacje.
- Nie, nie rozmawiałam z nią od naszego ostatniego spotkania, gdy odprowadzałam ją do domu. Miała wtedy jechać do ciebie - mówiła, a jej głos z każdą sekundą coraz bardziej zdradzał jej strach. - Neymar, co się stało?
Westchnąłem.
- Nie mam pojęcia, Ada. Wiem tylko tyle, że tamtego dnia do mnie nie przyjechała i że wyjechała z Mountblanc. Nic więcej.
Ciężko było mi to powtarzać, bo to tylko jeszcze bardziej utwierdzało mnie w myśleniu, jak bardzo zawaliłem, że nie postanowiłem porozmawiać z Seleną dużo wcześniej. Może gdybym przyjechał tu następnego dnia po tym, jak do mnie nie przyjechała, to może zdążyłbym się z nią jeszcze spotkać.
Ale teraz ona już odeszła.
Ada przez dłuższy czas się nie odzywała, więc ja postanowiłem to zrobić.
- Hey, wszystko w porządku?
- Tak, po prostu nie mogę uwierzyć, że coś takiego zrobiła - pociągnęła nosem i byłem pewny, że właśnie płakała.
- Ale spokojnie, ona na pewno się znajdzie. Proszę cię, nie płacz - próbowałem ją uspokoić, choć sam obchodziłem samochód wzdłuż i wszerz, bo z nerwów nie potrafiłem ustać w jednym miejscu.
- Neymar... proszę cię. Obiecasz mi coś? - zapłakała, a w tle usłyszałem głos Michaela, który zapewne starał się ją uspokoić.
- Oczywiście, co tylko chcesz - powiedziałem od razu. Chyba spodziewałem się tego, co powie.
- Obiecaj mi, że ją znajdziesz - pociągnęła nosem. - Bo Selena nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego sama. I raczej nie z własnej woli.
- Oczywiście, że ci to obiecuję. Będę jej szukał, dopóki jej nie znajdę - zapewniłem.
Przecież sam sobie też to obiecałem.
- I pamiętaj, że Selena bardzo cię kocha. Nie pozwól sobie przez nikogo wmówić, że jest inaczej.
- Będę pamiętał - powiedziałem z westchnięciem, a zaraz potem Ada się rozłączyła.
Z ogromnym westchnieniem wróciłem do samochodu i z powrotem wsiadłem na fotel kierowcy. Załamany oparłem ramiona i głowę na kierownicy.
- Dowiedziałeś się czegoś? - zapytał po chwili Jota.
- Że ostatni raz rozmawiały, gdy Sel miała do mnie przyjechać. Potem już nie miała z nią kontaktu.
- No to za przeproszeniem, jesteśmy w dupie - skwitował mój brat.
- Lepiej bym tego nie ujął - przyznałem.
Przez chwilę panowała cisza, ale potem znów odezwał się Jota.
- To gdzie teraz jedziemy?
Westchnąłem.
- Nie mam bladego pojęcia. Prosto przed siebie.
I tak jak powiedziałem, tak zrobiłem. Odpaliłem silnik i ponownie wjechałem na drogę, która prowadziła nas gdzieś w stronę Valencii.
Ale przejechaliśmy 500, może 600 metrów, gdy rozdzwonił się mój telefon.
W sumie nie powinienem być zdziwiony i tak tez nie było, gdy zobaczyłem na wyświetlaczu numer podpisany "Enrique".
- Słucham - powiedziałem zaraz po odebraniu połączenia.
- Neymar, Pique powiedział mi, dlaczego nie było cię na porannym treningu i wszystko rozumiem. Naprawdę mi przykro z powodu tego, co cię spotkało, ale oczekuję, że mimo wszystko pojawisz się na wieczornym treningu.
Postawa Luisa była dla mnie zrozumiała. Wiem, że zawsze rozumiał on nasze prywatne sprawy, gdy kolidowały one z treningami, ale najważniejsze dla niego było dobre przygotowanie drużyny do meczu, a bez obecności na treningach się to nie obędzie.
- Oczywiście, jak najbardziej postaram się przyjechać, ale mogę się trochę spóźnić, bo aktualnie jestem poza Barceloną.
- Trening zaczyna się za dwie godziny. Jeśli się spóźnisz, to zrozumiem, ważne jest dla mnie, żebyś po prostu się tam pojawił.
- Dobrze, trenerze - powiedziałem i rozłączyłem się. - No to kierunek Barcelona - powiedziałem do Joty, zawracając na środku drogi.

czwartek, 5 stycznia 2017

Rozdział 40.

- Selena? - zapytałem kompletnie na oślep.
Miałem cholernie ogromną nadzieję na to, że to będzie ona.
- Seleny już dawno tu nie ma i pewnie długo nie będzie - usłyszałem głos, który ani trochę nie był podobny do jej głosu. Ale od razu go rozpoznałem. I to było chyba spełnienie moich najgorszych koszmarów.
Spojrzałem na jej matkę.
- A mógłbym wiedzieć, co takiego się stało, że Seleny tu nie ma? - zapytałem.
Założyła ręce przed sobą i uśmiechnęła się szyderczo. To zdecydowanie nie zwiastowało niczego dobrego.
- Myślę, że moja córka w końcu przejrzała na oczy i postanowiła skończyć z tymi wszystkimi głupotami.
Zmarszczyłem brwi i także założyłem ręce.
- Jakie głupoty ma pani na myśli?
Zachowywanie kultury przy tej kobiecie wymagało ode mnie wiele cierpliwości, ale jakoś musiałem trzymać nerwy na wodzy, jeśli chciałem się czegoś dowiedzieć.
- Jej wielką "miłość" do ciebie i chęć przeprowadzki do Barcelony, oczywiście - zaśmiała się. - Nareszcie mogę z radością stwierdzić, że moja kochana córeczka przejrzała na oczy i postanowiła wyjść z tego bagna, w które się wpakowała.
Prychnąłem.
- Niech pani nie gada głupot. Selena mnie kocha i nigdy by czegoś nie zrobiła. A nawet jeśli, to na pewno by ze mną o tym porozmawiała.
- Jesteś taki naiwny! - powiedziała. - Selena cię nie kocha i nigdy nie kochała. Tylko jej się wydawało, że mogłaby cię pokochać, ale wreszcie zobaczyła jaka jest rzeczywistość.
- Może pani sobie to wmawiać. Ale ja przyjechałem tu porozmawiać z moją dziewczyną i nie odpuszczę, puki jej nie zobaczę.
Westchnęła, pokazując jak bardzo zmęczona jest tą rozmową.
- Więc w takim razie chyba powinieneś zostać tutaj na stałe. Ale ona i tak się z tobą nie zobaczy, bo nie ma zamiaru więcej tutaj wracać.
- Chyba nie mówi pani poważnie - prychnąłem i przepchnąłem się obok niej, wchodząc do domu.
- Proszę bardzo, idź jej szukać. Na niewiele ci się to zda - zaśmiała się, zamykając za mną drzwi.
Od razu poszedłem do salonu, ale nikogo tam nie znalazłem. Potem kolejno były kuchnia, jadalnia, łazienka i pokój gościnny, ale tam też było pusto. Wszedłem na piętro, gdzie znajdowały się same pokoje.
Bez żadnego skrępowania wszedłem do sypialni rodziców Seleny. Rozejrzałem się i nie widząc nikogo od razu opuściłem to pomieszczenie. Spojrzałem jeszcze do innych pokoi na tym piętrze i głośno westchnąłem, stając przed drzwiami jej pokoju.
Z lekkim strachem wziąłem do ręki klamkę i wszedłem do środka.
I to co tam zobaczyłem cholernie mnie zaskoczyło.
A raczej to, czego nie zobaczyłem.
Jej pokój był prawie kompletnie pusty. Stały tam oczywiście jej łóżko, biurko i szafa, ale poza tym zniknęły wszystkie jej rzeczy. Nie mogłem uwierzyć.
Bo był to niezbity dowód na to, że Seleny jednak tu nie ma.
- Zawiedziony? - usłyszałem za sobą szyderczy głos jej matki.
Odwróciłem się niemal natychmiast.
Nie czułem się zawiedziony. To nawet nie był strach czy tęsknota.
Byłem po prostu cholernie zły, że jej matka miała rację.
- Nie wiem, co zrobiłaś, że jej tu nie ma. Ale nie powinnaś się tak cieszyć. - warknąłem. - Wiem, że to twoja sprawka i gwarantuję ci, że ją znajdę, a wtedy ojciec Seleny o wszystkim się dowie.
- A skąd takie myślenie, że on o niczym nie wie?
- Zbyt dużo o tobie wiem - powiedziałem i zdenerwowany wyszedłem jak najszybciej z tego domu.
Przeszedłem szybko całą drogę do bramki, a potem wsiadłem do swojego samochodu, trzaskając dość mocno drzwiami. Czekał na mnie już Jota.
- I jak? - zapytał.
Wciągnąłem głośno powietrze, a potem powoli je wypuściłem, żeby choć trochę się uspokoić.
- Nic. Nie ma jej tutaj.
Przez chwilę Jota się nie odezwał.
- I co teraz?
Odpaliłem silnik i odjeżdżając z podjazdu, mruknąłem do brata:
- Znajdę ją.
Obiecuję, że ją znajdę. 




No to witamy w nowym 2017 roku!
Jak Wam się podoba taki początek nowego roku?

piątek, 30 grudnia 2016

Rozdział 39.

- Od kiedy tak jest? - zapytałem niepewnie. Wiedziałem jaka będzie moja reakcja, jeśli...
- Od wczoraj - powiedział Jota, a ja momentalnie schowałem telefon do tylnej kieszeni spodni i podbiegłem do szafki by zabrać stamtąd portfel ze wszystkimi dokumentami.
- Ktoś jedzie ze mną? - zawołałem, gdy biegłem już korytarzem do schodów, a chłopacy wybiegli za mną.
Odwróciłem się nagle i zobaczyłem, że patrzą po sobie niezdecydowani, co mają odpowiedzieć.
- Jedź z nim, Jota - nagle powiedzieli razem Gerard i Dani.
Nie zamierzałem się z nimi kłócić, jeśli tak wybrali i dziesięć minut później siedziałem już w samochodzie, a obok mnie znajdował się mój brat.
Boże, nie wiem, co ja bym bez niego zrobił.
- Dzięki, że postanowiłeś mi uświadomić, że jednak coś jest nie tak - spojrzałem na niego, gdy zatrzymaliśmy się na światłach.
- Nie ma sprawy, stary, ale będziesz mi dziękował jak już ją znajdziemy - odpowiedział i wskazał palcem na przednią szybę. Rzeczywiście światło zmieniło się na zielone.
Ruszyłem od razu, przecinając skrzyżowanie i brnąłem w dalszą drogę do Mountblanc.
Moje uczucia w tamtym momencie i przez całą drogę szalały - od złości na samego siebie przez poczucie winy aż do strachu o to, co mogło stać się Selenie. Bo na 99% pewien byłem, że nie wszystko jest w porządku.
Jota przez całą drogę praktycznie się nie odzywał. Może chciał dać mi trochę czasu na przemyślenie wszystkiego, a może po prostu nie wiedział, co ma mi powiedzieć. Nie zastanawiałem się nad tym. Ważne było dla mnie tylko to, że mam czas, żeby nad wszystkim pomyśleć.
Gdy tylko zobaczyłem znak "Mountblanc" ogłaszający, że właśnie znaleźliśmy się w jej mieście zebrało się we mnie dziwne napięcie.
Dziesięć minut później zaparkowałem pod jej domem. I wtedy znowu obudził się we mnie strach, ale nie taki jak przedtem. Teraz po prostu bałem się, że gdy zapukam do drzwi jej domu, po chwili ją ujrzę, a ona powie mi, że między nami to już koniec.
- Czemu nie idziesz? - odezwał się Jota, gdy przez kolejnych kilka minut nawet nie ruszyłem się z miejsca.
- Chyba nie mam odwagi - spojrzałem jeszcze raz na jej dom.
- Jeśli nie ty, to ja - powiedział  i wysiadł z samochodu, a ja byłem tak zamyślony, że zauważyłem to dopiero, gdy już pewnie kroczył do drzwi domu Seleny.
Od razu wysiadłem z samochodu i pobiegłem za nim. Złapałem go kilka kroków za furtką.
- Gdzie idziesz?! - zawołałem.
- Skoro ty nie chcesz się dowiedzieć, to spoko. Ale Selena jest moją przyjaciółką i ja chcę wiedzieć - odwrócił się do mnie z założonymi rękami.
- Dobrze już, dobrze. Wracaj do samochodu, a ja tam pójdę - przewróciłem oczami, a Jota uśmiechnął się, poklepał mnie po ramieniu i wrócił do mojego Audi.
Więc zostałem sam z decyzją o podejściu do jej drzwi. Westchnąłem i ruszyłem do nich. Przed dotknięciem dzwonka jeszcze przez moment się wahałem, ale w końcu to zrobiłem. A potem czekałem.
I czekałem.
I czekałem.
Aż w końcu straciłem nadzieję, że ktokolwiek mi otworzy. Już miałem odejść, gdy nagle usłyszałem to charakterystyczne skrzypienie.
- Selena? - zapytałem kompletnie na oślep.


czwartek, 22 grudnia 2016

Rozdział 38.

~ "Żebyś przestał być takim dupkiem..."


*Tydzień później*

Tydzień. Całe siedem dni. 168 godzin. 10080 minut. 60480 sekund.
Dokładnie tyle czasu minęło mi na ciągłym oczekiwaniu. Nie pojawiła się w Barcelonie. Nie odebrała żadnego z moich telefonów. A dzwoniłem codziennie. Po wstaniu, przed treningiem, po treningu, przed obiadem, po obiedzie, przed drugim treningiem, podczas drugiego treningu, po drugim treningu, przed kolacją, po kolacji, przed pójściem spać.
Myślę, że przynajmniej kilka z tych 168 godzin spędziłem na słuchaniu jej sekretarki, która cały czas mówiła to samo. A ona nie raczyła odebrać nawet jednego telefonu. Nacisnąć jednego głupiego przycisku i powiedzieć jedno głupie "Wszystko ze mną w porządku".
I w dodatku skończyły mi się wymówki, jakich mógłbym się trzymać, żeby nie panikować.
Przez ten czas dogłębnie przeanalizowałem całą naszą znajomość. Szukałem każdej możliwej sytuacji, słowa, gestu, który pamiętałem, a który mógłby sprawić, że Selena nagle ode mnie odeszła.
I tak, odeszła. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero szóstego dnia, gdy ona znów nie odebrała ode mnie telefonu. Nikt tak po prostu nie zrywa nagle kontaktów. No chyba, że od ciebie odchodzi.
Dlatego dzisiaj, po ostatniej próbie skontaktowania się z Seleną, najzwyczajniej w świecie się poddałem. Nie widziałem sensu w dalszym staraniu się - ona i tak nigdy nie odbierze ode mnie tego telefonu ani nie przyjedzie do mojego domu. Pogodziłem się z tym.
- Neymar, mendo! Gdzie jesteś? Przyjechałem! - leżałem na kanapie, gdy nagle usłyszałem krzyki zaraz w korytarzu i trzaśnięcie drzwiami.
Bardzo dobrze wiedziałem, kto to taki, ale nie zamierzałem się dla niego podnosić z miejsca, które zajmowałem od dobrych kilku godzin. Leżąc na kanapie i patrząc się w sufit naprawdę bardzo dobrze mi się o wszystkim myślało.
Przez jakąś minutę słyszałem jedynie odgłosy kroków i trzaskanie drzwiami aż w końcu zobaczyłem pochylonego nad sobą Brazylijczyka.
- Czy ty naprawdę nie masz zamiaru się do mnie odzywać? - zapytał.
- Przestań się wydurniać, Jo. Ja naprawdę nie mam dzisiaj humoru - mruknąłem lekko niezrozumiale i w końcu usiadłem na tej sofie jak człowiek.
- A jeśli już rozmawiamy o twoim humorze, to gdzie ta, która zawsze mi go psuła? - uśmiechnął się, rozglądając się po całym salonie.
Gdy nigdzie jej nie znalazł, wrócił wzrokiem do mnie. W jego oczach już widziałem to pytanie.
- Gdzie ona się podziała? - zapytał moment później.
Wzruszyłem jedynie ramionami. Nie interesowało mnie to już.
- Nie zgrywaj się! - powiedział i wyszedł z pokoju. Zaraz potem usłyszałem, jak wchodzi po schodach na górę. - Selena! - krzyczał.
Westchnąłem i czekałem jedynie aż wróci z powrotem.
- SELENA! WYCHODŹ! - krzyczał moment później, zbiegając po schodach.
Przymknąłem oczy i tylko czekałem aż do mnie podejdzie.
- Ty, stary, gdzie ona jest? Teraz już naprawdę nie żartuję - powiedział. Podniosłem na niego wzrok i widziałem to przerażenie wypisane na jego twarzy.
- Nie ma jej - mruknąłem znowu i ukryłem twarz w dłoniach. Nie płakałem, ale ostatnimi czasy ten gest spodobał mi się jakoś bardziej.
- Jak to jej, do cholery, nie ma? - wręcz krzyknął. Nagle się opanował i spojrzał na mnie ze złością. - Zerwałeś z nią?!
- Niekoniecznie - szepnąłem. - Ona sama mnie zostawiła.
Wstałem i poszedłem do kuchni, wcale nie zwracając uwagi na Jotę. On sam ruszył za mną dopiero, gdy ja wchodziłem już do kuchni.
- I ty tak zupełnie się tym nie przejmujesz? - powiedział, stając w progu pomieszczenia.
- A wyglądam jakbym się przejmował? - zapytałem, odwracając się do niego na moment. - Jest mi tylko smutno, bo zdążyłem się do niej przyzwyczaić, a ona od tak mnie zostawiła.
Odwróciłem się z powrotem do lodówki i wyjąłem z niej dwie butelki piwa. Mijając Jotę podałem mu jedną i wróciłem do salonu na kanapę.
- Chyba się zgubiłem - powiedział, siadając zaraz obok mnie. - Opowiedz mi to wszystko od początku.
Chwilę to zajęło zanim zacząłem mówić, ale w końcu to zrobiłem.
- W tamtym tygodniu Selena pojechała do domu, miała pisać maturę, a potem tutaj z powrotem wrócić. Ale przed jej wyjazdem trochę się pokłóciliśmy. Selena wyjechała stąd naprawdę zła, ale potem ją przeprosiłem, ona mnie też i wszystko było w porządku.Ale miała wrócić tutaj dobry tydzień temu, a nadal jej nie ma. Dzwoniłem, ale nie odbierała, więc doszedłem do wniosku, że po prostu mnie zostawiła - wzruszyłem ramionami i oparłem się plecami o kanapę.
- I co? Tak po prostu to zostawiłeś? Nie chcesz wiedzieć, dlaczego tak postąpiła? A może coś się jej stało?
Zaśmiałem się pod nosem.
- Pewnie teraz jest szczęśliwa ze swoim Chistianem - mruknąłem, a Jota spojrzał na mnie zdziwiony. - Ten chłopak, w którymś kiedyś się podkochiwała - wyjaśniłem.
- Naprawdę sądzisz, że potrafiłaby zrobić ci coś takiego? Tak nisko ją teraz oceniasz? Może naprawdę coś się jej stało, a ty siedzisz tutaj i nic z tym nie robisz. A do tego jeszcze za wszystko ją obwiniasz!
- Nie mam zamiaru się z nią teraz kontaktować, bo nie mam ochoty znaleźć jej i zobaczyć razem z tym idiotą - wstałem i wkurzony zacząłem iść do swoje sypialni.
Bo to już nie była ani JEJ, ani NASZA sypialnia. Była po prostu MOJA.
Oczywiście Jota mnie nie opuścił.
- Nawet jeśli, to dowiedzenie się, czemu tak postąpiła nie jest tego warte? - mówił, idąc za mną.
- Niekoniecznie - rzuciłem i zamknąłem mu drzwi przed nosem.
- Jeszcze będziesz tego żałował - doszedł mnie jego głos zza drzwi.
- Niekoniecznie - powtórzyłem, zrzucając ramkę z naszym wspólnym zdjęciem z komody.
Szkła posypały się po całej podłodze, a ja nie zamierzałem ich zbierać.

******

*Dwa dni później*

- Neymar! - usłyszałem wołanie gdzieś za mną, gdy opuszczałem ośrodek treningowy po dzisiejszym popołudniowym treningu.
Odwróciłem się i zobaczyłem idącego za mną Gerarda. Poczekałem na tego wielkoluda.
- Co tam? - zapytałem bez przekonania.
- Jutro mamy wolne, więc razem z chłopakami pomyśleliśmy, żeby może spotkać się jakoś pod wieczór. Wpadłbyś razem z Seleną? - zapytał i doszczętnie popsuł mi humor.
- Wiesz co, chętnie bym wpadł, ale Selena ostatnio wspominała, że chce dzisiaj iść na jakąś kolację, więc cały wieczór mam zajęty - odpowiedziałem, wcale nawet nie rozważając pójścia tam. Gdybym pojawił się bez Seleny każdy pytałby, co się stało, a gdybym zaczął pić każdy wiedziałby już, że coś jest nie tak.
- Oh, okey - powiedział zaskoczony Gerard. - W takim razie pozdrów od nas wszystkich Sel.
- Tsa, przekażę jej - mruknąłem i bez słowa pożegnania poszedłem do swojego samochodu i wróciłem do domu.

******

Leżę sobie w sypialni na łóżku. Odpoczywam. Wsłuchuję się w ciszę.
I tu nagle...
- Co do kurwy?!
Poderwałem się z łóżka jak oparzony, gdy poczułem zimno na całym ciele.
A potem zobaczyłem nad sobą całą tę zgraję - Pique, Alves i Jota. Wszyscy trzej stali nade mną z założonymi rękoma.
- Zimny prysznic - odpowiedział Alves. - Stwierdziliśmy, że ci się przyda.
- Możecie mi po ludzku wyjaśnić, czemu sprawiliście, że moje łóżko będzie schnąć przez następnych kilka dni? - powiedziałem ze złością.
- Wiesz, Neymar, przyszliśmy odwiedzić sobie Selenę - Pique wcale nie odpowiedział na moje pytanie. Ale w tym momencie to zdanie potrzebowało mojej odpowiedzi, bo wiedziałem, że zauważyli brak mojej byłej dziewczyny w tym domu.
- Wyszł... - zacząłem, ale Alves musiał mi przerwać.
- Nie ściemiaj nam. Wiemy, że jej tu wcale nie było.
- Skąd wam przyszło do głowy, żeby tu przyjechać? - zapytałem zdziwiony.
Gerard przewrócił oczami.
- Myślisz, że nie wydało mi się to podejrzane, gdy powiedziałeś, że dziewczyna, która nienawidzi wprost tych wszystkich oficjalnych, poważnych i eleganckich spotkań, wyciąga cię na kolację? - prychnął.
- I co zamierzasz z tym zrobić? - westchnąłem, wstając i podchodząc do okna.
- Otworzyć ci oczy. Żebyś przestał być takim dupkiem i zaczął jej szukać - doszedł do mnie głos Daniego, ale nie zamierzałem się do niego odwrócić.
- Jest zapewne w Mountblanc i ma się bardzo dobrze. Nie dramatyzujcie - odpowiedziałem.
- Próbowałeś do niej zadzwonić? - zapytał Jota.
W końcu się odezwał ten zdrajca.
- Dzwoniłem. Przez cały tydzień - mruknąłem.
- Pytam czy dzwoniłeś do niej dzisiaj - poprawił się.
- Nie.
- Więc zdecydowanie powinieneś.
- Dlaczego? - zapytałem, odwracając się do nich twarzą.
- Po prostu to zrób. Wtedy coś w końcu powinieneś zrozumieć.
Przez jakieś dwie minuty trwała cisza, podczas której rozważałem wszystkie za i przeciw. Ale przecież nic przez to nie traciłem, prawda?
- Jeśli tak bardzo tego chcecie - westchnąłem, sięgając po mój telefon leżący na szafce nocnej.
Wybrałem numer i już byłem przygotowany na wysłuchanie kilku sygnałów, a potem jej automatycznej sekretarki. Ale wtedy...
"Niestety, osoba do której próbujesz się dodzwonić ma wyłączony lub rozładowany telefon. Prosimy spróbować później."
I w tym właśnie momencie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka.
Ona nigdy nie wyłączała telefonu.

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta.... :)

piątek, 9 grudnia 2016

Rozdział 37.

 ~ "Więc po to było to całe twoje gadanie... "

Trzy dni później
Wychodząc razem z Danim z szatni po treningu, odruchowo sięgnąłem do kieszeni po telefon, by sprawdzić godzinę. Mój starszy przyjaciel oczywiście to zauważył.
- Zrób to przy mnie jeszcze choć raz, a osobiście zabiorę ci ten telefon - skomentował moje zachowanie.
Westchnąłem.
- Ale co mam zrobić. Po prostu nie mogę się doczekać aż Sel do mnie zadzwoni i powie, że w końcu wraca - przyznałem, chowając telefon z powrotem do kieszeni spodni.
- Rozumiem, ale sprawdzasz ten telefon już szósty raz w ciągu ostatnich pięciu minut.
Wzruszyłem ramionami.
- Przyzwyczaiłem się, że ona jest cały czas ze mną i teraz jak pojechała na tych kilka dni do domu to dziwnie czuję się tak sam - przyznałem, otwierając drzwi od mojego samochodu. Miałem po drodze podrzucić Daniego do domu.
- Daj jej trochę wytchnienia, bo się jeszcze dziewczyna do ciebie zniechęci - zaśmiał się, wsiadając do środka. 
- Nawet tak nie mów - burknąłem. 
Niby między mną a Seleną wszystko było dobrze, ale ta nasza kłótnia siedziała mi gdzieś w głowie i nie mogłem się jej pozbyć w żaden sposób. 
- No co! Ja tylko mówię co myślę. Bo co jeśli ona pomyśli, że jednak ma cię dość i postanowi jednak zostać w Mountblanc? 
Wiem, że żartował, ale nawet to działało w pewien sposób na moje nerwy. 
- Nawet mi o tym nie mów. Zaczynam wariować jak jej nie ma. Nie mam pojęcia, co bym zrobił, gdyby mnie teraz zostawiła. 
Odpaliłem silnik i wyjechałem z parkingu podziemnego.
- Spokojnie, stary. Jesteście tak idealną parą, że nie ma takiej opcji, żeby ona nagle zachciała sobie się z tego wycofać. Wróci do ciebie zanim się obejrzysz. 
- Mam taką nadzieję. Ostatnio trochę się pokłóciliśmy i... 
Przerwał mi. 
- Błagam cię! Musieliby ją chyba siłą przetrzymywać, żeby została w swoim domu. Sam przecież wiesz jak bardzo znienawidziła ostatnio to miejsce. 
Stanęliśmy akurat na światłach, więc wykorzystałem okazję i przejechałem dłońmi po twarzy. 
- Masz rację. Nie powinienem się martwić na zapas - przyznałem przyjacielowi rację. 
No już! Nie martw się tak! Przecież ona już niedługo tu przyjedzie! Nie ma innej opcji! - wmawiałem sobie w myślach. 
- I właśnie o to chodzi! Powinieneś się cieszyć ostatnimi chwilami wolności. Nawet się nie obrócisz, a ona już tu będzie i zacznie denerwować nas wszystkich dookoła - zaśmiał się. Gdy ta dwójka się spotykała, zazwyczaj całe spotkanie polegało na typowym dla nich przyjacielskim dogryzaniu sobie. Panowała między nimi taka czysta relacja i cieszyłem się, że mój najlepszy przyjaciel i dziewczyna mają taki dobry kontakt. 
- To co, skusisz się, żeby do mnie wpaść? - zapytał, uśmiechając się pod nosem. 
- Więc po to było to całe twoje gadanie... - zaśmiałem się, kręcąc głową. 
Ale mimo to i tak skręciłem w uliczkę na której mieszkał Alves i zaparkowałem pod jego domem. 

*******

Następnego dnia, gdy obudziłem się rano, od razu odruchowo przełożyłem rękę na drugą stronę łóżka. Gdzieś w środku miałem taką nadzieję, że może Selena przyjechała w nocy i nie chcąc mnie budzić po prostu położyła się spać. Ale teraz już wiedziałem, że tak nie było. 
Przyjęcie tej wiadomości do swojej świadomości wystarczająco mnie rozbudziło. Usiadłem na łóżku, rozejrzałem się po pokoju, a zaraz potem przetarłem twarz dłońmi.
Wstałem z łóżka jakieś dziesięć minut później, gdy przyszło mi na myśl, że może Selena jednak przyjechała i teraz czeka na mnie na dole. Było to całkiem prawdopodobne, więc od razu, jak tylko ten pomysł przyszedł mi do głowy, wygrzebałem się spod kołdry i pobiegłem na dół.
Ale po sprawdzeniu kuchni, salonu, jadalni, siłowni i tarasu wiedziałem już, że Seleny wcale nie ma w tym domu. Nie znalazłem jej na górze, na dole też nie było po niej ani śladu. Nie zostawiła też żadnej kartki, a na podjeździe nie było jej samochodu.
Zaczynałem się martwić.
Ale spokojnie, przecież nic nie mogło jej się stać. Może po prostu postanowiła zostać w domu na jeden dzień dłużej i przyjedzie dopiero dziś. Nie ma na razie czym się denerwować. Po prostu do niej zadzwoń!
Zgodziłem się z głosem w mojej głowie i wróciłem się do sypialni po telefon. Nie oglądając się na nic wybrałem od razu jej numer i wsłuchiwałem się w sygnały połączenia, siedząc na rogu łóżka.
Pierwszy.
Drugi.
Trzeci.
"Hey, tu Selena. Jeśli nie możesz się do mnie dodzwonić, to prawdopodobnie jestem bardzo zajęta. Próbuj dalej, oddzwonię jak tylko będę mogła. Pa!" - usłyszałem jej automatyczną sekretarkę.
Wybrałem jej numer po raz drugi. I po raz trzeci. I kolejny. I kolejny. Cały czas słyszałem tylko tę jedną wiadomość, którą Selena nagrywała, siedząc przez dobrą godzinę na kanapie podczas pobytu u mnie. Ale za siedemnastym razem, gdy usłyszałem te słowa, po prostu zakończyłem połączenie i rzuciłem telefonem za siebie, gdzieś na łóżko. Może nawet spadł on na podłogę, ale nie to stanowiło dla mnie powód do zmartwień.
Dlaczego ona nie odbiera?! - chodziło po mojej głowie.
Rzuciłem się plecami na łóżko, westchnąłem głośno kilka razy i znów przetarłem twarz dłońmi.
Spokojnie! Selena na pewno jest teraz po prostu pakowaniem swoich wszystkich rzeczy, żeby jak najszybciej się przeprowadzić. 
Uznałem tą opcję za całkiem prawdopodobną. Bo przecież ojciec Seleny już od dłuższego czasu był w Stanach, a ona nienawidziła spędzać czasu ze swoją matką. Więc nie ma innego wytłumaczenia, dla którego miałaby tam zostać na dłużej.
Z tą myślą już naprawdę rozpocząłem swój dzień - zjadłem śniadanie, ubrałem się, ogarnąłem, pojechałem na trening.
Ale gdy wróciłem wieczorem, a ona nadal nie odbierała dosłownie przeszukałem każdy zakątek mojego domu. Żadnego śladu po tym żeby tu była. Zacząłem dzwonić - nie odbierała.
Tylko nie panikuj. Tylko nie panikuj! - krążyło wciąż po mojej głowie, gdy chodziłem w kółko po całym domu, szukając jakiegoś logicznego wyjaśnienia na tą sytuację.
I tylko stwierdzenie, że na pewno chciała pożegnać się z Adą przed jej wyjazdem do Madrytu, pozwoliło mi spać spokojnie.
Ale następnego dnia było tak samo.


A więc myślę, że od teraz posty będą takie naprawdę krótkie, żeby nie zdradzać Wam od razu zbyt wiele i żeby mogły pojawiać się częściej. Myślę, że do lutego wyrobię się ze skończeniem tego opowiadania, ale nic nie obiecuję ;)  

Neyforever :*

czwartek, 3 listopada 2016

Rozdział 36.

~ Nie spodziewałem się, że to powiesz.

Siedziałam w sypialni Neymara i wyjmowałam potrzebne mi rzeczy z walizki, gdy usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i głos Neymara.
- Jestem!
Nawet nie bardzo kwapiłam się do tego, żeby mu odpowiadać, więc po prostu pozostałam cicho, nie przerywając swojej czynności.
Przez kolejnych kilka minut słyszałam, jak Junior mnie woła, słyszałam trzask zamykanych za nim drzwi od pokoi. Aż w końcu wszedł do tego, w którym byłam ja.
- Boże, Selena, szukałem cię po całym domu - zawołał, gdy tylko mnie zauważył. Podszedł do mnie i przytulił, ale ja dalej się nie odzywałam. - Sel? Obraziłaś się?
Odwróciłam się do niego i spojrzałam mu w oczy. Zgromadził się tam tak wielki smutek i poczucie winy, że nie mogłam dalej ciągnąć tego milczenia. Do tego nadal nie przeszedł mu ten strach o to, że być może nie ma mnie w jego domu.
- Nie, nie obraziłam się - powiedziałam cicho. - Po prostu jestem zmęczona, a do tego jestem na ciebie trochę wkurzona za to, że przez tyle czasu się do mnie nie odzywałeś i do tego nie powiedziałeś mi, że nie przyjedziesz.
Junior westchnął i przeczesał dłonią włosy.
- Przepraszam, że nie zadzwoniłem, nie powiedziałem ci, że mnie nie będzie. Po prostu do samego końca miałem nadzieję, że zdążę tam po ciebie przyjechać. Ale lot Caroliny i Daviego się opóźnił i... - Junior zaczął mówić już tak szybko, że ledwo co nadążałam wyłapywać kolejne słowa z jego wypowiedzi. I znałam tylko jeden skuteczny sposób, żeby mu przerwać.
A gdy już przestałam go całować, spojrzał na mnie zaskoczony.
- Czyli to znaczy, że nie jesteś już zła? - zapytał z nadzieją.
- Nie do końca. Nadal nie wiem, dlaczego nie odzywałeś się do mnie przez tyle czasu - skarciłam go wzrokiem.
Ale patrząc na to, jak Neymar się zmieszał, nagle przyszło mi coś do głowy.
- Albo wiesz... przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam. Nie przyszło mi do głowy, że być może chciałeś po prostu spędzić te ostatnie chwile przed rozstaniem z Davim i Caroliną.Przepraszam nie pomyślałam - mruknęłam, znów odwracając się do niego plecami. Zajęłam się ponownym wyjmowaniem rzeczy z walizki.
-  Nie, nie chodziło o to - przez chwilę panowała cisza. - Po prostu musiałem wszystko pozałatwiać, przemyśleć sobie sporo rzeczy... Wiesz, zarząd podjął decyzję, co do mojego udziału w Igrzyskach i Copa America, więc musiałem to wszystko jakoś ogarnąć. Naprawdę przepraszam, że nawet nie odbierałem od ciebie telefonów - położył głowę na moim ramieniu i zostawił na policzku krótkiego buziaka.
- Dobrze, już się nie złoszczę - powiedziałam i zaraz zmieniłam temat. - I jaką decyzję podjął zarząd?
- Cóż... Dunga próbował wynegocjować od nich, żebym mógł brać udział i w Igrrzyskach i w Copa America, ale się nie zgodzili. Kazali mi wybrać jedno z dwóch.
- I na co się zdecydowałeś?
- Oczywiście, że na Igrzyska. Nie mógłbym przepuścić takiej okazji - przez moment się nie odzywał. - Selena... Zgodziłabyś się pojechać ze mną wtedy do Brazylii?
Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że kiedyś w końcu mnie o to zapyta. Gdzieś w podświadomości wiedziałam, że chciałby, żebym była tam razem z nim.
- Jeśli tylko będziesz chciał mnie tam ze sobą zabrać...

*******

- Jeszcze tylko trochę ponad tydzień, rozumiesz? - zawołał radośnie Neymar, wchodząc do salonu, w którym ja ślęczałam nad książkami.
- Jeśli nie zdam tej matury, to ze wszystkich planów nici - mruknęłam niezadowolona, po raz chyba tysięczny próbując ze zrozumieniem przeczytać tekst, który kompletnie nie chciał wejść mi do głowy.
- Uspokój się już, zadasz te wszystkie testy śpiewająco - zapewnił mnie, ale ja sama nie miałam takiego przeczucia. Musiałam powtórzyć sobie wszystko jeszcze raz, żeby mieć pewność, ze wszystko wiem wystarczająco dobrze, żeby do tych egzaminów w ogóle przystąpić.
- Biorąc pod uwagę, ze nie umiem śpiewać, to może być dość ciężko - stwierdziłam, z irytacją zamykając książkę.
- Poradzisz sobie - przytulił mnie. - Ja muszę jechać na trening. I proszę cię, nie roznieś domu przy tym twoim uczeniu, dobrze? - pocałował mnie w głowę i zebrał się do wyjścia.
- Bardzo śmieszne - stwierdziłam. Nic tylko zacząć się śmiać. Ja tu popadam w depresję przy nauce, a on tylko martwi się, czy mu domu nie rozniosę.
- Do zobaczenia za jakieś dwie godziny, skarbie - zawołał zaraz przed wyjściem z domu. No i zostałam sama.
Postanowiłam zrobić sobie krótka przerwę, żeby móc coś zjeść, a potem znowu wróciłam do nauki. Miałam jakieś dziwne wrażenie, że mimo czasu jaki spędziłam na siedzeniu nad książkami, to jednak o czymś zapomniałam. I nie spocznę aż nie dowiem się, co to takiego było.
Nawet nie obejrzałam się, kiedy Neymar wrócił z treningu. Ale oczywiście nie mógł wrócić sam.
- Selena! - usłyszałam krzyk, zaraz po tym, jak dwóch Brazylijczyków weszło do domu.
"No to koniec uczenia się" - rozległo się w mojej głowie.

*****

- Na pewno nie chcesz, żebym jechał z tobą? - pytał po raz setny tego dnia, idąc leniwie za mną, gdy chodzę po schodach i pakuję ostatnie potrzebne mi rzeczy do mojej torebki. Nie zostało mi zbyt dużo czasu.
- Na pewno, Neymar, na pewno. Poradzę sobie - nagle przystaję w połowie drogi do salonu i głęboko zastanawiam się nad tym, co jeszcze będzie mi potrzebne. Neymar o mało co na mnie nie wpada. - Dowód! Gdzie jest mój dowód?! - wołam, odwracam się i z powrotem biegnę na górę, do naszej sypialni. Tam przerzucam połowę zawartości mojej walizki, która stoi w rogu pokoju, a której nie biorę ze sobą do Mountblanc. Ale tam nie znajduję tego, czego szukam. Rozglądam się po całym pomieszczeniu i dopiero na szafce nocnej zauważam mój portfel, w którym zapewne znajdują się wszystkie moje dokumenty. - Mam!
Podczas gdy ja leciałam jak głupia, żeby zabrać ze sobą moją własność, Neymar stał w drzwiach i jedynie przyglądał się mi z lekkim uśmiechem.
- Jak tak na ciebie teraz patrzę, to aż boję się ciebie wypuszczać samą samochodem na ulicę - powiedziałam, gdy minęłam go i wyszłam na korytarz. Oczywiście poszedł za mną.
- Wiesz, że i tak tam pojadę. SAMA! Nie przekonasz mnie, żebyś pojechał ze mną. Masz treningi - powtórzyłam. Po raz kolejny dzisiaj. Z nim to jak z małym dzieckiem. Mam wrażenie, że już z Davim szybciej bym się dogadała.
- Wiem, zrozumiałem za pierwszym razem - mruknął. "Tsa, na pewno" - Po prostu nie chcę, żebyś tam jechała.
- Neymar, taki mam obowiązek - powiedziałam. Zaczynał mnie irytować tym, że tak bardzo się przywiązał do mojej obecności w jego domu.
- To też nie umknęło mojej uwadze, Selena.
- Nie będzie mnie tu jedyne trzy, może cztery dni. Nie udawaj, że sobie nie poradzisz. Zaczynasz mnie tym denerwować - stwierdziłam. Zabrałam kluczyki od samochodu z komody w korytarzu i wzięłam się za zakładanie butów.
- Czyli teraz cię denerwuję? - Neymar lekko podniósł głos. - Odkąd tylko wróciłaś z tych gór to albo nie masz ochoty na nic innego niż nauka, albo wiecznie cię denerwuję! Zdecyduj się, dziewczyno! Co ci się tam stało, że nagle tak wszystko zaczęło ci przeszkadzać?!
- Bo może będąc tam przejrzałam na oczy! - krzyknęłam.
I po tym między nami zapanowała cisza. Patrzyliśmy się na siebie, ale żadne z nas się nie odzywało.
Dopóki Neymar nie wybuchł.
- A co, może Cristian pomógł ci nagle przejrzeć na oczy?!
Byłam cholernie zaskoczona tym, co powiedział. Jak on w ogóle mógł, o czymś takim pomyśleć!
- Wiesz, co Neymar? Porozmawiamy jak to ty w końcu przejrzysz na oczy ze swoim zachowaniem! Bo teraz nie mam nawet ochoty na ciebie patrzeć - krzyknęłam z wyraźnym obrzydzeniem. Zabrałam swoją torebkę i wyszłam z jego domu, trzaskając drzwiami.
Wręcz przebiegłam przez trawnik i szybko wsiadłam do swojego samochodu, który był zaparkowany na podjeździe. Odpaliłam silnik i jak najszybciej wyjechałam z posesji Neymara, a potem z ulicy, na której mieścił się jego dom.

***********

Ze wszystkimi moimi przyjaciółmi spotykamy się przed szkołą. Oczywiście serdecznie się ze sobą witamy, nie mieliśmy ze sobą kontaktu od powrotu z wycieczki. I może to nie jest zbyt długo, ale kiedyś przecież widywaliśmy się codziennie. Teraz trzeba się przyzwyczaić, że zostało nam już tylko kilka spotkań w tym gronie. Potem wszystko się zmieni.
Oczywiście rozradowana Ada zaraz odciąga mnie na bok, gdy wszyscy idziemy do naszej sali, żeby zostawić nasze rzeczy.
- I jak z Neymarem? - pyta od razu. A ja jedynie przyklejam do twarzy sztuczny uśmiech i zapewniam ją, że wszystko jest w najlepszym porządku, choć tak naprawdę to daleko nam do takiego stanu. - A jak twoja mama zareagowała na twój powrót?
- Ma chyba ogromną nadzieję, że zostanę tam już na zawsze. Albo bynajmniej do momentu,m w którym nie wyjadę na jej wymarzone studia do Madrytu - mruknęłam. Temat mojej matki nigdy nie był dobrym tematem do rozmów.
- A Fede się odzywał?
Pytania Ady wydają mi się być wręcz męczące. Wiem, że bardzo się od siebie odsunęłyśmy, a widać to właśnie między innymi po tym, ze za każdym razem, gdy się spotykamy, Ada potrafi zadać tylko te trzy pytania. O Neymara, moją mamę i Federico.
- Odebrał mnie z tego parkingu, gdy wróciliśmy z gór - przyznaję.
- A nie miał czasami zrobić tego Neymar? - zapytała zdziwiona.
Przymknęłam oczy i z westchnieniem odpowiedziałam:
- Neymar miał swoje priorytety. Robił wtedy coś ważniejszego.
Powiedziałam mu, że się o to nie gniewam. Ale czy tak do końca nie miałam mu tego za złe?
- Chodźmy już, bo zamkną nam klasę - zwróciłam Adzie uwagę, olewając nasz poprzedni temat i przemyślenia o złości na Neymara.
Moment później razem z przyjaciółką wchodzimy do sali, w której wszyscy zostawili swoje rzeczy. My też zrobiłyśmy to samo.
Ale gdy wyciągałam kilka rzeczy z torebki, zauważyłam, ze ekran mojego telefonu jest włączony.
Wiadomość.
Postanowiłam ją przeczytać, żeby nie myśleć o niej pisząc pracę ani żeby o niej potem nie zapomnieć.
I nie wiem czy nie pożałowałam tej decyzji.

"Mam nadzieję, ze przeczytasz to jeszcze zanim pójdziesz pisać egzaminy. Mam nadzieję, że pójdzie ci jak najlepiej, trzymam za ciebie kciuki. Pamiętaj, że cię kocham. 
Twój Ney"

Wrzuciłam telefon z powrotem do torebki i opuściłam salę.

*******

Dobrze, cholera, nie miałam racji. Kompletnie nie miałam racji.
Takie myśli chodzą mi po głowie, gdy po powrocie do domu po pierwszej części pisemnej matury, zaczynam analizować całą naszą kłótnię. I dochodzę do tylko jednego wniosku - to, co powiedziałam było głupie i nie powinnam była tego mówić.
"Ale już to powiedziałaś, więc teraz to odkręć, idiotko!" - krzyczy moja podświadomość.
I tu muszę się z nią zgodzić. Koniecznie muszę to naprawić.
Wybieram numer Neya, ale za pierwszym razem nie odbiera. Za drugim też nie udaje mi się do niego dodzwonić. Dopiero za trzecim, gdy już miałam się poddać, słyszę nagle jego głos w słuchawce:
- Tak? - pyta zmęczonym głosem.
- Hey, Neymar, yhm... to ja - mówię całkowicie zmieszana. Nie wiem, jak mam się zachować.
- Wiem, zauważyłem. - Chyba nie do końca byłam przygotowana na jego obojętny ton.
- Ja... yhm... - z głowy wyleciało mi kompletnie wszystko, co chciałam mu powiedzieć.
- Ty co, Selena? - zapytał. - Proszę cię, mów szybko, bo nie ukrywam, że jestem trochę zajęty, więc...
- Przepraszam - wyrwałam się nagle, przerywając mu w pół zdania. Ale później chyba nie odważyłabym się tego powiedzieć. Bo przepraszanie Neymara wcale nie przychodziło mi łatwo, mimo że wiedziałam, że wina leży po mojej stronie. Całkowicie.
- Nie spodziewałem się, że to powiesz - odpowiedział po chwili. - Bardziej sądziłem, że dzwonisz po to, żeby jeszcze raz mi powiedzieć, jak to Cris otworzył ci na wszystko oczy.
Po prostu nie mogłam znieść tego jego nonszalanckiego tonu.
- Nie, Neymar, ja... Ney, ja nie chciałam tego powiedzieć. Byłam zdenerwowana i mówiłam to, czego nie powinnam. le ja naprawdę tak nie myślę - próbowałam jakoś się wytłumaczyć, choć sama nie byłam przekonana, czy to coś da. - Dobrze wiesz, że od tamtego momentu Cristian jest dla mnie skończony i nigdy nawet bym nie pomyślała, żeby... Nie, nigdy. Wiesz, że tylko ciebie kocham, prawda?
Zamilkłam i zapanowała między nami kompletna cisza. Bałam się tego, co mogę usłyszeć.
Aż nagle dotarło do mnie ciche westchnięcie Neya, a potem znowu usłyszałam jego głos.
- Wiem - mruknął. "Chociaż tyle" - pomyślałam. Ale on kontynuował. - I ja też ciebie kocham. Ale chyba nikt, żaden facet nie chciałby usłyszeć od swojej dziewczyny, że ktoś jest od niego lepszy.
- Ale ja nie...
- Nie, nie powiedziałaś tego - przerwał mi. - Ale tak się wtedy poczułem i, uwierz mi, to nie jest najlepsze uczucie na świecie.
- Wiem. Przepraszam. Proszę cię, wybaczysz mi? Nie chcę się z tobą kłócić.
Miałam ochotę wręcz go błagać, gdyby się nie zgodził. Ale ku mojej wielkiej uciesze, usłyszałam:
- Wiesz, że nie potrafię się na ciebie gniewać.
Z radości aż zaczęłam piszczeć.
- Spokojnie, bo ogłuchnę - powiedział. I coś wtedy mnie tknęło. Nadal słyszałam ten jego smętny ton głosu.
- Ney, coś się stało? - zapytałam.
- Przed chwilą się pogodziliśmy, co znowu miało się stać? - zdziwił się.
- Po prostu mam wrażenie, jakbyś nie chciał ze mną rozmawiać - przyznałam.
- Ach, o to chodzi. Nie to, że nie chcę z tobą rozmawiać. Ale dopiero wróciłem z ciężkiego treningu i miałem zamiar położyć się spać - powiedział, co mnie trochę uspokoiło.
- To może ja nie będę ci przeszkadzać, dobranoc.
- Dobranoc, Sel.


I tym jakże pozytywnym akcentem kończymy w pewnym sensie, można powiedzieć pierwszy "akt" tego opowiadania ;)

Spokojnie, nie jest to jeszcze koniec, choć nie jest do niego aż tak daleko. Myślę, że dam radę się wyrobić do epilogu w 5 - 10 rozdziałach, więc bądźcie gotowi. Koniec jest blisko ;) Mam w planach skończyć to opowiadanie jeszcze w 2016, ale nie wiem, jak to wszystko się ułoży. 

I informacja nr 2 na dzisiaj, to fakt, że będziecie musieli przyzwyczaić się do zmiany perspektywy w kolejnych rozdziałach, ponieważ będą one pisane "oczami" Neymara. Sporo będzie się działo, więc mam nadzieję, ze "zobaczymy się" niedługo. 


Pozdrawiam, 

Neyforever :* 

niedziela, 25 września 2016

Rozdział 35.

Choć zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam, że w rogu placu zaparkowany jest czarny samochód, z którego właśnie wysiadał jakiś mężczyzna.
Na początku przeraziłam się, że może być to ktoś, kto mógłby mi zrobić krzywdę, ale moment później do głowy przyszła mi myśl, że być może to Neymar. Dlatego z nadzieją, że to on oczekiwałam aż ta osoba podejdzie bliżej.
Ale zanim jeszcze podszedł na tyle blisko, żebym mogła zidentyfikować tę osobę i zobaczyć jej twarz w świetle latarni znajdującej się nieopodal, usłyszałam:
- Nie mogłem się doczekać, żeby w końcu mieć znowu okazje porozmawiać z tobą twarzą w twarz,
I już wiedziałam kto to.
------------

~ Może ona by cię jakoś... znormalniała.

- Jaka szkoda, że nie podzielam twojego entuzjazmu - odpowiedziałam kąśliwie, patrząc jak Federico zbliża się do mnie coraz bliżej.
- Naprawdę nie pojmuję, dlaczego traktujesz mnie jak swojego wroga. To nie fair.
- Sam sobie na to zasłużyłeś. Jesteś dla mnie cholernie ważny. Ale najpierw uciekasz z jej powodu, a potem jednak postanawiasz uwierzyć jej we wszystko, co mówi. Nie sądzisz, że to trochę głupie? - zaczęłam energicznie wymachiwać rękami. Federico od momentu, gdy się pojawił miał dziwny dar, który sprawiał, że gdy tylko go widziałam, wyprowadzał mnie z równowagi.
- Nie, nie sądzę. Jeśli coś może ci się stać przez twojego chłopaka, to powinnaś trzymać się od niego z daleka, W Madrycie będziesz bezpieczna. A jeśli zamieszkasz w Barcelonie, to nie będę mógł ci tego zapewnić - był przekonany do swoich słów. Był zdeterminowany, żeby mnie przekonać.
Tyle, że ja tego nie chciałam.
- Problem z tym, że ze strony mojego chłopaka nic mi nie grozi. A to, że ty uciekłeś do Madrytu, bo w Barcelonie by cię znalazła, to nie znaczy, że ja też coś takiego zrobię - warknęłam w jego stronę.
Nie wydawał się zwracać na to uwagi.
- Ja nie uciekłem. Po prostu nie chciałem już dłużej się z nią użerać - odpowiedział, a ja się zaśmiałam.
- To właśnie oznacza ucieczkę. Nie potrafiłeś poradzić sobie z problemem, więc po prostu, wyjechałeś, uciekłeś i miałeś spokój. Ale ja w odróżnieniu do ciebie nie mam przed czym z Barcelony uciekać - prychnęłam. - I im dłużej będziesz starał się mnie przekonywać, tym ja mniej będę chciała z tobą rozmawiać - ostrzegłam.
Chyba dopiero to do niego dotarło, bo nagle jego nastrój diametralnie się zmienił, podniósł dłoń i zrezygnowany przeczesał nią włosy.
- Okay - mruknął po chwili - nie powinienem tak na ciebie naskakiwać. Ale twoje bezpieczeństwo jest teraz dla mnie priorytetem. Nie chcę, żeby coś ci się stało.
- Ale ile razy ja ci już mówiłam, że nie ma potrzeby mnie chronić? Nie jestem małym dzieckiem, żeby nie potrafiła sobie poradzić w życiu - ja sama też zmieniłam lekko mój ton, nie chciałam się z nim kłócić, bo jednak dużo dla mnie znaczył. A tym bardziej nie chciałam tego robić w środku nocy, w środku miasta...
- Czy to moja wina, że instynkt każe mi cię chronić?
- Ją nazywasz instynktem? Naprawdę, prosiłam cię, żebyś jej nie ufał - powiedziałam hardo. Nie zamierzałam gratulować mu jego zachowania. Bo nie było czego.
- Dobrze, postaram się przemyśleć to, co od niej usłyszałem. Ale pamiętaj, że wszystko, co robię wynika tylko z troski. Naprawdę cię kocham.
A zaraz potem podszedł do mnie i przytulił. Byłam w lekkim szoku, jak ta rozmowa szybko zmieniła swój charakter.
- Ja też cię kocham - wyszeptałam. - Ale daj mi swobodę, naprawdę, jeśli coś złego będzie się działo,, to będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie, dobrze? - dodałam, odsuwając się od niego delikatnie i patrząc mu w oczy.
- Okay, okay - westchnął. - Ale mimo wszystko, z tej twojej przeprowadzki do Madrytu.
- Błagam cię - jęknęłam.
- Tego sobie nie odpuszczę. Muszę cię mieć na widoku.
- Przesadzasz - zwróciłam mu uwagę.
On najwidoczniej postanowił się do tego nie odwoływać.
- Jest zimno. Może po prostu porozmawialibyśmy w moim samochodzie, a ja odwiózłbym cię do domu? - zaproponował.
A ja przypomniałam sobie o czymś ważnym i od razu pokręciłam głową.
- Nie jadę teraz do Mountblanc. Mój chłopak ma tu zaraz po mnie przyjechać.
Specjalnie nie wspominałam kim on jest.
Fede rozejrzał się po parkingu.
- Dlaczego jeszcze go tu nie ma? Powinien tu być już w momencie, kiedy ty tu przyjechałaś. Gdyby mnie tu nie było, to czekałabyś tu całkiem sama. A wtedy ktoś mógłby cię napaść i...
No to się zaczęło.
- Czy ty wszystko musisz widzieć w czarnych barwach? Spóźnia się, bo napisał mi, że coś mu wypadło i że będzie jakieś piętnaście minut później.
Jak dobrze, ze on nigdy nie potrafił rozpoznać, kiedy kłamię.
- I tak powinien już tu być - obruszył się. - Jest nieodpowiedzialny.
"Oj, żebyś ty wiedział jaki on jest cholernie odpowiedzialny" - pomyślałam.
- Myślę, Fede, że powinieneś już jechać. Wasze spotkanie jakoś nie specjalnie mi się teraz uśmiecha.
- Dlaczego? Ja bardzo chętnie go poznam - skrzyżował ręce na piersi.
- Nie ja może nie chcę, żebyście się poznawali. Po prostu jedź już, Fede. Porozmawiamy niedługo, okay?
- Nie ma mowy, nie zostawię cię tutaj samej!
- Musisz, niestety.
Westchnął. Chyba zdał sobie sprawę z tego, że mnie nie przekona.
- A co powiesz na to, żebym poczekał w samochodzie, zanim po ciebie nie przyjedzie? Muszę być pewny, że będziesz bezpieczna.
- Boże, ty masz jakąś obsesję na tym punkcie! - zawołałam, ale za moment dodałam: - Dobrze, jeśli masz mi nie dać spokoju to sobie czekaj.
Fede pożegnał się ze mną buziakiem w policzek i odszedł. Wsiadł do samochodu, ale nie odjechał, tak jak mówił, ze zrobi. A ja wyjęłam telefon i wybrałam Neymara. No, i zaczęłam się modlić, żeby odebrał.
Jeden sygnał.
Drugi sygnał.
Trzeci sygnał.
Czwarty sygnał.
Piąty sygnał.
I nagle....
- Tu sekretarka Neymara Juniora. Nie mogę teraz odebrać. Jeśli to coś ważnego to zostaw wiadomość.
Piiiiiiip.
"Neymar proszę cię, nie testuj mojej cierpliwości!"
Rozłączyłam się. I zadzwoniłam jeszcze raz.
Pierwszy sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Dziesiąty.
Znowu sekretarka.
On naprawdę mógłby testować moją cierpliwość kiedy i gdzie indziej niż o pierwszej w nocy na tym zimnie.
Zaraz się zdenerwuję.
Zadzwoniłam jeszcze raz.
I po trzecim sygnale przestałam już mieć nadzieję.
Ale nagle usłyszałam głosik po drugiej stronie słuchawki.
- Tak? - Ale to nie był Neymar.
- Hm,.. cześć Davi. Twój tata jest może gdzieś niedaleko? - zapytałam, ale w środku byłam pełna obaw. Co Neymar robi jeszcze z Davim? Przecież jeśli pojadę teraz do niego do domu, to spotkam na pewno tego małego Brazylijczyka...
Nie to, że nie chciałam. Po prostu się bałam.
- Selena! - zawołał uradowany chłopiec, a dopiero potem odpowiedział mi na moje pytanie. - Tak, ale rozmawia z jakimś panem.
- A gdzie jesteście? - zapytałam, próbując ukryć przed chłopcem zdziwienie,
- Na lotnisku. Wracamy do domu - powiedział, a zaraz dodał smutnym głosem: - Dlaczego cię u nas nie było? Chciałem cię w końcu spotkać.
- Przepraszam, skarbie. Byłam daleko i nie mogłam przyjechać. Ale następnym razem postaram się być, dobrze?
Czy czułam się źle, że praktycznie okłamywałam tak małe dziecko? Nie do końca, bo starałam się też samą siebie przekonać, że następnym razem już nie będę tak przed tym uciekać.
- Obiecujesz? - zapytał, słodkim głosikiem.
Przełknęłam głośno i dopiero wtedy odpowiedziałam.
- Obiecuję.
- Hurraaaa! - zawołał chłopiec, a w tle usłyszałam pytanie: "Daviś, a z kim ty rozmawiasz?"
A Davi odpowiedział coś w stylu, że z miłością taty. Zaczęłam się śmiać.
- Mama i Rafaela kazały cię pozdrowić - powiedział chłopiec.
- Też je ode mnie pozdrów. Ciocia Rafaela bardzo była zła, że mnie nie było? - zapytałam.
Rozmawiając z Davim w ogóle zapomniałam o tym, że siedzę właśnie na własnej walizce, na parkingu, na tym zimnie.
- Nie bardziej niż mama - zaśmiał się.
- A tata? Tęsknił za mną chociaż troszeczkę?
- Nie, wcale. Tylko mówił o tobie całymi dniami - teraz to ja się zaśmiałam.
- No dobrze Davi, to wracaj do domku, a ja już wam tam nie przeszkadzam.
- A mam coś przekazać tacie?
- Wiesz, możesz tylko mu powiedzieć, że będę czekać na niego w domu, okay?
- Okay! To pa!
- Pa, Davi - powiedziałam i zakończyłam połączenie.
Świetnie. Wypuściłam głośno powietrze z płuc. Neymar był właśnie na lotnisku, które było położone za granicami Barcelony, jak się domyślam. Zarębiście.
I wtedy właśnie przypomniałam sobie o obecności Federico. Tak jak mówił, nie zamierzał odjechać, dopóki nie odbierze mnie stąd Neymar. Więc równie dobrze to on mógł mnie do niego zabrać.
Pociągnęłam za sobą walizkę i poszłam w stronę jego samochodu. On tymczasem przerażony wyskoczył z niego i zaczął do mnie biec.
- Co się stało? - zapytał zmartwiony.
- Nic, po prostu mój chłopak nie da rady po mnie przyjechać i chciałam się zapytać czy byś mnie nie podrzucił - wzruszyłam ramionami.
- Wsiadaj - odpowiedział niemal od razu, zabrał moją walizkę i poszedł z nią do bagażnika, podczas gdy ja wgramoliłam się na siedzenie pasażera.
Moment później on też wsiadł do środka i odjechał z parkingu.
- I co byś zrobiła, gdybym tu nie został? - odezwał się, gdy wjechał na ulicę.
- Wezwała taksówkę - odpowiedziałam, starając się zachować w miarę dobry nastrój. - Skręć w lewo.
- To wcale nie jest śmieszne - powiedział, zatrzymując samochód na światłach. - Twój chłopak jest cholera nieodpowiedzialny!
- Jest najodpowiedzialniejszą osobą jaką znam, Fede. Po prostu robi teraz coś dużo ważniejszego niż głupie odebranie mnie z wycieczki. Z resztą nie jestem już małym dzieckiem, jak już mówiłam. Potrafię sobie poradzić.
- Co może być ważniejszego niż odebranie własnej dziewczyny z parkingu o pierwszej nad ranem?! - dziwił się Fede.
- Zapewne odwiezienie swojej rodziny na lotnisko - odpowiedziałam, a on spojrzał na mnie zaskoczony. - Ja nie mam mu tego za złe, więc ty tym bardziej nie powinieneś - zauważyłam.
- Ja naprawdę powinienem mieć cię na oku - mruknął.
- Nie musisz, ja serio całkiem dobrze sobie radzę.
- Jakoś nie zdążyłem zauważyć.
- Zdecydowanie powinieneś sobie znaleźć dziewczynę. Może ona by cię jakoś... znormalniała.
- Bardzo śmieszne - obruszył się.
- Mówię serio - odpowiedziałam.
Już się nie odezwał. Miałam nadzieję, że myślał nad tym, co właśnie powiedziałam. Bo miło by było, gdyby w końcu miał swoje życie i nie wtrącał się do mojego. Zupełnie jak moja matka.
- To tutaj - powiedziałam około piętnastu minut później, mimo że do domu Neymar było jeszcze dobrych 100 metrów. Po prostu nie chciałam, żeby wiedział, gdzie on dokładnie mieszka, bo mógłby się zorientować kim jest. A ta wiedza wcale nie była mu potrzebna.
- Najbardziej ekskluzywna dzielnica Barcelony? - zdziwił się.
- No tak jakoś się złożyło - pocałowałam go w policzek na pożegnanie i wysiadłam samochodu. Poczekałam aż odjedzie, machając mu, a gdy zniknął za zakrętem ruszyłam w stronę domu Neya.
Fede nie musi wiedzieć. Wręcz nie powinien.


Hey :D Naszła mnie wena więc jestem, ale w najbliższym czasie może mnie  nie być. Chcę postarać się realizować jeszcze kilka ważnych projektów, więc będę miała więcej czasu, ale chyba skłaniam się jednak do tego, żeby jednak tu z Wami zostać. Ktoś się cieszy? 

Neyforever :*

poniedziałek, 12 września 2016

Rozdział 34.

~ Tylko ze mną możesz być naprawdę szczęśliwa!

- Rozumiesz, że to już dzisiaj! - zawołałam, wskakując na łóżko Ady, która jeszcze spała. Byłam tak podekscytowana dzisiejszym dniem, że musiałam zrobić jej pobudkę. Nie wytrzymałabym siedzieć tu tak w samotności.
- Wiem, Sel, że dzisiaj wracamy do domu, ale daj mi się chociaż wyspać, okay? - mruknęła i przykryła głowę poduszką. Fakt, była dopiero siódma rano, ale ja nie mogłam spać, myśląc, że już za kilkanaście godzin w końcu znowu spotkam się z Neymarem.
- Już nie mogę się doczekać! - zawołałam i podniosłam się z jej łóżka.
- Rozumiem twój entuzjazm, też się cieszę, ale daj mi się wyspać!- zawołała, przykrywając się dodatkowo kołdrą, żeby tylko mnie nie słyszeć.
- Dobra, dobra! Idę się ogarnąć - powiedziałam i wyszłam do łazienki.
Do godziny 9:30 zdążyłam zrobić wszystko, co tylko przyszło mi do głowy. Wzięłam kąpiel, ubrałam się, związałam włosy, poszłam na spacer i gdy wróciłam zaczęłam pakować książki. Wtedy właśnie wstała Ada, ubrała się i kilkanaście minut później razem zabrałyśmy się do pakowania walizek.
- Jeszcze zjemy tylko śniadanie, za dwie godziny wyjedziemy i za kilkanaście godzin będziemy już w Barcelonie - zawołałam entuzjastycznie, układając kolejną bluzkę w swojej walizce.
- Nie możesz się doczekać spotkania z Neymarem, co? - zaśmiała się na moją radość.
- Nie widziałam go od dwóch tygodni! Dawno nie mieliśmy tak długiej przerwy, biorąc pod uwagę, że praktycznie cały czas mieszkałam w Barcelonie razem z nim - wzruszyłam ramionami, podniosłam się z podłogi i sięgnęłam telefon, który leżał na łóżku. Miałam nadzieję na to, że może znajdę tam jakąś wiadomość od Neymara, ale niestety niczego nie było. Nie odezwał się do mnie od wczoraj po południu, więc nie wiem, co się działo. Gdy ostatni raz z nim rozmawiałam, powiedział, że jedzie odwieźć Carolinę, Rafę i Daviego na lotnisko. I rozumiem, że wczoraj mógł nie mieć już czasu zadzwonić. Ale dzisiaj na pewno był już od kilku godzin na nogach.
- Co, Romeo napisał? - zaśmiała się Ada.
- Właśnie, że nie - mruknęłam, wracając na poprzednie miejsce. - Nie odzywa się już od dłuższego czasu. A co, jeśli coś mu się stało? - momentalnie wpadłam w panikę. Ponownie podniosłam się z miejsca i zaczęłam chodzić w tę i z powrotem.
Aż nagle Ada złapała mnie za rękę i pociągnęła tak mocno, że prawie na nią upadłam.
- Siadaj i uspokój się dziewczyno! - zawołała mi prosto w twarz. - Daj mu żyć i nie zachowuj się jak psychopatka!
Przeczesałam włosy palcami.
- Może i masz rację. Niepotrzebnie panikuję - mruknęłam i wróciłam do pakowania.
Jednak nie potrafiłam się na niczym skupić. Myślami byłam daleko stąd i to właśnie powodowało, że moje ubrania lądowały do walizki, złożone w jakieś dziwne kombinacje. Nie mogłam przestać myśleć o tym, co mogło się właśnie dziać w Barcelonie. Pewnie gdybym mogła, od razu przejrzałabym od razu cały internet w poszukiwaniu informacji o aktualnym miejscu pobytu Neya, ale w tej dziurze nie było nawet wystarczającej ilości zasięgu, by chociaż włączyła mi się strona startowa w przeglądarce. Tkwiłam tu, bez żadnej informacji o tym, co się teraz dzieje u Neymara i to zaczynało mnie przerażać.
Kiedy po raz setny wyjęłam z walizki bluzkę, żeby znowu spróbować poprawnie ją złożyć, usłyszałam ciężkie westchnienie Ady. Podniosłam na nią wzrok.
- Idź, spróbuj się do niego dodzwonić, a ja skończę cię pakować - odezwała się, a ja od razu podskoczyłam szczęśliwa.
- Naprawdę, zrobisz to dla mnie? - krzyknęłam, a przyjaciółka aż skrzywiła się na głośność mojego głosu.
- Jasne, ty i tak sama byś sobie z tym nie poradziła - odpowiedziała, a ja uściskałam ją i już mnie nie było. W błyskawicznym tempie wybiegłam z budynku i udałam się w miejsce, gdzie wiedziałam, że mam dużą szansę na złapanie zasięgu. Po dwóch tygodniach spędzonych tutaj naprawdę nauczyłam się wielu rzeczy, a w szczególności tego, jak szukać zasięgu.
Kilka minut zajęło mi dotarcie do miejsca, gdzie z Adą zazwyczaj rozmawiałyśmy przez telefon. Około dziesięciu minut minęło, zanim w prawym górnym rogu mojego telefonu pokazały się cztery kreski, oznaczające całkiem dobry zasięg.
Już miałam wybierać numer Neymara, gdy poczułam, że jednak nie jestem tu sama, jak przypuszczałam.
- Zdecydowałaś się jednak do mnie dołączyć, hm? - odezwałam się, będąc pewna, że przyszła do mnie moja przyjaciółka.
Jednak dopiero, gdy się odwróciłam, zrozumiałam, jak bardzo się myliłam.
- W sumie, to miałem nadzieję, że cię tu spotkam - usłyszałam ten głos, zobaczyłam tą postać i momentalnie uśmiech zszedł z mojej twarzy.
- Czego chcesz? Wiesz, że nie mam najmniejszej ochoty z tobą rozmawiać, ostatnim razem chyba wyraziłam się wystarczająco jasno? Czy może trzeba ci powtórzyć? - warknęłam.. Przebywanie sam na sam z tą osobą zdecydowanie nie znajdowało się na liście moich marzeń.
- Zrozumiałem za pierwszym razem. Ale nie zamierzam się poddawać - mruknął i przybliżył się o kilka kroków. Cofnęłam się.
- Ale ja zdania nie zmieniam. Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać! - odwróciłam się i odeszłam spory kawałek. On jednak ruszył zaraz za mną.
- A właśnie, że porozmawiasz! - krzyknął za mną. - Nie wiem, jak możesz przez ten cały czas tak perfidnie udawać!
- Co ja niby takiego udaję?! - odwróciłam się, tak szybko, że on sam o mało na mnie nie wpadł. Ten człowiek miał dar wkurzania mnie nawet w sekundę.
- Że jesteś szczęśliwa z tym idiotą! I co, chciałaś do niego teraz zadzwonić i udawać radosną, ukrywać, co naprawdę czujesz? - darł się.
- Ja naprawdę nie wiem, co jest z tobą nie tak, wiesz? - zawołałam, stojąc z nim twarzą w twarz. - Mam ci to przeliterować? Jestem z Neymarem S-Z-C-Z-Ę-Ś-L-I-W-A!
Prychnął i złapał mnie za nadgarstki.
- Kłamiesz - powiedział.
Zaczęłam się śmiać, pomimo tej niezbyt komfortowej sytuacji.
- Nadal nie możesz pogodzić, że nie jestem z tobą, co? Przykro mi, miałeś swoją szansę, ale jej nie wykorzystałeś.
- Tylko ze mną możesz być naprawdę szczęśliwa. Pokażę ci! - Zachowywał się jak jakiś opętany. I do tego coraz bardziej zacieśniał uścisk na moich nadgarstkach.
- Cristian, zrozum w końcu, że ja nic do ciebie nie czuję i nie będę czuć! Jestem z Neymarem i nie zamierzam go zamieniać na nikogo innego, a szczególnie nie na ciebie! - wrzasnęłam i wyrwałam ręce z uścisku.
- Czyli jednak mam cię przekonać? - mruknął, a potem szybko przysunął się do mnie i zaczął całować.
Przerwałam to tak szybko, jak tylko się zaczęło, a zaraz potem odepchnęłam Cristiana od siebie. Nie wierzyłam, że próbował to zrobić.
- OSZALAŁEŚ! - krzyknęłam, nie mogąc się przed tym powstrzymać, a mój głos niósł się echem, odbijając się od górskich ścian. Miałam też ochotę uderzyć go w twarz, ale kiedyś już tego spróbowałam i pamiętam, że to, co się potem wydarzyło, jakoś nie pozostawiło po sobie dobrych wspomnień.
Widziałam, że Cristian jest zaskoczony moim zachowaniem, ale nie zwróciłam nawet na to uwagi. Jego zachowanie wytrąciło mnie kompletnie z równowagi. Byłam wściekła. Choć nie do końca.
W środku czułam się cholernie zagubiona. To co zrobił... Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. I to nie wcale w kontekście tego, że mogło mi się to podobać. Bo tak zdecydowanie nie było. Bardziej martwił mnie nagły napływ myśli do mojej głowy. Było ich tyle, że nawet nie wiedziałam, którą zająć się pierwszą.
I nagle się pojawiła. I mówiła tylko jedno słowo: "Neymar". I wtedy już wiedziałam, co czuję.
Strach. Przeraźliwy strach o to, co powie, gdy się o tym dowie. A na pewno się dowie. Bo jeśli nie ona mu o tym powie, to była pewna, że Cristian nie będzie się wahał.
Czułam się beznadziejnie. Miałam wrażenie jakby nogi miały się zaraz pode mną ugiąć, więc po prostu usiadłam na trawie, schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać. Płakać z bezsilności.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam chłopaka, który nadal się we mnie wpatrywał. Najpierw przychodzi tu, kłóci się i wszystko niszczy, a teraz jeszcze ma czelność przyglądać się skutkom tego, co zrobił.
- WYNOŚ SIĘ! - wydarłam się, objęłam kolana rękami i oparłam o nie głowę. On już mnie nie obchodził. Teraz myślałam już tylko o tym, co powiem Neymarowi. Gdzieś w podświadomości słyszałam cichy głosik, który mówił, że nie przyjmie on tego tak źle, jak myślałam. ale był zbyt cichy, żebym mogła przyjąć do wiadomości to, co mówił.
Usłyszałam głośne westchnienie Cristiana. A potem usłyszałam głos. Ale nie należał on do niego.
- Nie słyszałeś, co powiedziała?! Zostaw ją w spokoju! - Należał do Ady. Podniosłam głowę i rzeczywiście - przyjaciółka stała zaraz za Cristianem, który nagle odwrócił się na pięcie i odszedł szybkim krokiem. A wtedy Ada podbiegła do mnie.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze - szepnęła, przytulając mnie. Robiła to, czego teraz było mi najbardziej potrzeba. Wspierała mnie.

*****

Nie odezwał się.
Nie dostałam żadnej wiadomości od Neymara i to zaczynało martwić mnie coraz bardziej.
Wyjechaliśmy z naszego miejsca pobytu dobre sześć godzin temu. Byliśmy w połowie drogi i oczywiście, gdy tylko wyjechaliśmy z miejsca, gdzie mieszkaliśmy, zaczęłam czekać na moment, gdy będę mogła przejrzeć internet. A gdy w końcu to nastąpiło, to nie znalazłam tam żadnych przydatnych informacji. I przez to zaczęłam zastanawiać się jeszcze bardziej, co mogło się z nim dziać. Dowiedziałam się tylko, że na pewno pojawił się na porannym treningu, ale to było ponad kilka godzin temu. A potem jakby zniknął.
- Zadzwoń do niego po prostu - usłyszałam głos Ady i podniosłam na nią swój wzrok z nad telefonu.- Przecież widzę, że odkąd tylko wyjechaliśmy ty tylko wpatrujesz się w ten telefon.
Westchnęłam.
- Żeby to było tylko takie proste - mruknęłam.
- A nie jest? - zapytała.
- Dzwoniłam już. Nie odbiera. Ma wyłączony telefon.
- Na pewno się odezwie. Mówił, że masz wysiąść w Barcelonie i on zabierze cię do siebie. Będziemy tam dopiero po północy, więc nie sądzę, żeby nagle się rozmyślił i ci o tym nie powiedział. Gdyby plany się zmieniły, na pewno by do ciebie zadzwonił i ci o tym powiedział. Nie naraziłby cię na takie ryzyko. jak włóczenie się nocą po Barcelonie. Tego jestem święcie przekonana - przyznała, dotykając delikatnie mojego ramienia, żeby dodać mi otuchy.
- Mam taką nadzieję - westchnęłam.
Do Barcelony dotarliśmy około pół godziny przed czasem, więc wcale się nie zdziwiłam, gdy na parkingu pod Camp Nou, gdzie umówiłam się z Neyem, nie widziałam jego samochodu. Byłam na miejscu wcześniej, więc to chyba naturalne, że będę musiała na niego poczekać.
- Pamiętaj, jeśli coś by się stało, to od razu do mnie dzwoń. Nawet w środku nocy - powiedziała Ada, gdy stałyśmy na dworze, a ja czekałam aż kierowca wyciągnie moją walizkę.
- Jeśli coś będzie nie tak, to na pewno zadzwonię - obiecałam. Bo zapewne właśnie tak bym zrobiła.
- To do zobaczenia na egzaminach - powiedziała, gdy wsiadała z powrotem do autokaru kilka minut później.
- Do zobaczenia - uśmiechnęłam się do niej i odeszłam od pojazdu, który moment później odjechał i zaczął znikać z mojego pola widzenia. No to zostałam sama. Z walizką. Po środku wielkiego parkingu, gdzie byłam tylko ja.
Choć zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam, że w rogu placu zaparkowany jest czarny samochód, z którego właśnie wysiadał jakiś mężczyzna.
Na początku przeraziłam się, że może być to ktoś, kto mógłby mi zrobić krzywdę, ale moment później do głowy przyszła mi myśl, że być może to Neymar. Dlatego z nadzieją, że to on oczekiwałam aż ta osoba podejdzie bliżej.
Ale zanim jeszcze podszedł na tyle blisko, żebym mogła zidentyfikować tę osobę i zobaczyć jej twarz w świetle latarni znajdującej się nieopodal, usłyszałam:
- Nie mogłem się doczekać, żeby w końcu mieć znowu okazje porozmawiać z tobą twarzą w twarz,
I już wiedziałam kto to.


--------------------------------------------------
Tak jak mówiłam w poprzedniej notce, dodaję rozdział. Wiem, że trochę późno, ale wpływa na to naprawdę wiele czynników. 
Przypominam oczywiście, żebyście pod tym rozdziałem, jeśli go przeczytacie, pozostawili po sobie w komentarzu jakiś ślad, może to być nawet kropka, przecinek, średnik... Cokolwiek. Po prostu chcę wiedzieć ile osób tu jest i czy opłaca się to dalej ciągnąć, czy może lepiej napisać zakończenie tej historii i pozostawić je jedynie dla siebie. 
Tak więc mam nadzieję, że będzie tu przynajmniej kilka osób, bo napisanie tego rozdziału nie było wcale takie łatwe, jakby się mogło wydawać. 
Tymczasem, życzę Wam dobrej nocy, bo dodaję to późno, ale nie wiem kiedy będziecie to czytać ;)

Także no...
Pozdrawiam
Neyforever :*