środa, 3 maja 2017

Rozdział 48.

Dzień meczu. Ale też dzień, w którym miałbym realne szanse na odnalezienie Seleny. Choć raczej nie będę miał okazji by wykorzystać te szanse.
Po rozmowie z Enrique musiałem ochłonąć. Fakt, że nie pozwolił mi na ominięcie meczu sprawił, że byłem naprawdę zły i jakoś musiałem wyładować negatywne emocje. Dlatego po powrocie do domu sprawiłem sobie solidny trening na własnym boisku, a zaraz po nim ległem zmęczony na murawę i patrzyłem w niebo. W międzyczasie także przemyślałem sprawę piłki nożnej i Seleny. I mimo że bardzo kochałem Sel i chciałem ją jak najszybciej odnaleźć, to jednak zdałem sobie sprawę z tego, kim jestem. A jestem piłkarzem i nie powinienem zaniedbywać swoich obowiązków. Tysiące a nawet miliony osób liczą na to, że będę pomagał drużynie i pchał ją do zwycięstwa, dlatego nie mogę ich zawieść. Takie były moje przemyślenia z tamtego momentu.
Jednak oczywiście nie miałem zamiaru zaniechiwać poszukiwań mojej dziewczyny. W żadnym wypadku. Po prostu postanowiłem przełożyć to w czasie o kilka dni. Z relacji jej wujka wynikało, że nic jej raczej nie grozi, więc mogłem tylko z niecierpliwością wyczekiwać momentu, gdy będę w końcu mógł ją przytulić, poczuć jej zapach, powiedzieć jej jak bardzo ją kocham i jak bardzo za nią tęskniłem. To było dla mnie najważniejsze.
Ale wiem, że powinienem mieć wyrzuty sumienia, że teraz, siedząc w szatni na kilkadziesiąt minut przed meczem, zamiast skupić się na nadchodzącej rozgrywce, myślę nad tym, co dzieje się z Seleną.
Przedmeczowy trening wykorzystałem w dwustu procentach. Pierwszą tego przyczyną było przeświadczenie, że tylko tak, ciężką praca mogę zapracować na to wszystko co mam, na zaufanie drużyny i kibiców. Na wiarę we mnie tych wszystkich ludzi. Zapracować sobie na to, żeby tak wiele osób tak dobrze mi życzyło.
Innym tego powodem była myśl, która ciągle krążyła gdzieś z tyłu mojej głowy. Że może Selena, moja Selena będzie siedziała właśnie w swoim mieszkaniu czy domu w Madrycie przed telewizorem i oglądała ten mecz. Trzymałem się przez cały czas tej jednej myśli. Była moją motywacją do pracy. Chciałem, żeby Selena była ze mnie dumna, jeśli kiedykolwiek to zobaczy.
- Neeeeymar! - usłyszałem i nagle zauważyłem, że ktoś macha mi dłonią przed twarzą. Momentalnie powróciłem do rzeczywistości. Spojrzałem na twarz mojego przyjaciela. Leo patrzył na mnie zmartwionym wzrokiem. Wiem, że od jakiegoś czasu wszyscy moi przyjaciele się o mnie zamartwiali. Ale wydaje mi się także, że wszyscy wiedzieli, że może mi pomóc obecność tylko jednej osoby.
Tej, która właśnie znajdowała się w Madrycie.
- Skupcie się, chłopaki! - usłyszałem wołanie trenera, więc wzruszając ramionami do Leo, spojrzałem na Enrique. Stał na środku szatni i właśnie zaczynał swoją przedmeczową mowę. - Ten mecz jest arcyważny, jeśli nadal chcemy liczyć się w walce o mistrzostwo. Zostało już tylko kilka kolejek ligi, a Real nadal jest liderem. Po prostu dajcie dzisiaj z siebie wszystko. Neymar, ty szczególnie - dodał, wskazując na mnie palcem. - Daj kibicom powód, żeby znów zaczęli cię uwielbiać.
Jego słowa w pewien sposób na mnie podziałały. Gdy stałem razem z chłopakami w tunelu i gdy wychodziłem na murawę miałem w sobie naprawdę ogromną determinację, żeby jak najlepiej wypaść w tym spotkaniu. Żeby cała drużyna spisała się dzięki mnie jak najlepiej.
Hymnu słuchałem z wielką dumą, że mogę reprezentować właśnie drużynę, nie żadną inną. W tym momencie to było dla mnie bardzo ważne. Nigdzie nie dostałbym tak wielkiej dawki wsparcia, jak tutaj.
Po przywitaniu się z przeciwnikami wszyscy rozbiegliśmy się po boisku, Andres został wtedy z kapitanem Sewilli i sędziami. Razem z Leo ruszyliśmy na środek boiska.
Rozejrzałem się, szukając chłopaków, z którymi będę dzisiaj współpracował. Ter Stegen, Alba, Masche, Matieu, Andres, Roberto, Suarez... Nigdzie nie widziałem Gerarda I Daniego, a przecież nie mogli ominąć tak ważnego meczu.
- Gdzie oni są? - zapytałem, trącając Leo lekko w ramię.
- Kto? - zapytał zdziwiony.
- Przecież wiesz. Pique i Alves  - przewróciłem oczami.
- Enrique ich nie powołał. Ale nie mam pojęcia dlaczego - wzruszył ramionami, odchodząc na kilkanaście metrów.
Nie do końca mu uwierzyłem, ale nie było czasu na rozmyślanie. Zaraz potem zaczął się mecz.
Nadszedł czas, żeby coś udowodnić.
I mnie, i wszystkim innym.

******

Ostatnie kopnięcie piłki i ląduje ona w siatce, zaraz za zdezorientowanym bramkarzem. Radość ponosi mnie na tyle, że biegnę do narożnika boiska, żeby właśnie tam cieszyć się golem razem z przyjaciółmi z drużyny. Pokazuję serduszko w stronę kibiców, którzy radują się razem z nami. Może gdzieś, tam, pośród nich jest ona. Tak bardzo bym tego chciał.
Po gwizdku sędziego zdążyliśmy rozegrać jeszcze tylko jedną akcję, gdy skończył się czas pierwszej połowy. W dobrych nastrojach zeszliśmy tunelem do szatni. Mieliśmy przewagę dwóch bramek, więc nie musieliśmy się zbytnio zamartwiać o losy meczu. Dodatkowo te dwa gole trochę podbudowały zespół po ostatnich porażkach.
W szatni nie panował jakiś szampański nastrój, ale widać było, że każdy z nas jest szczęśliwy. Nie było nikogo, kto siedziałby tutaj bez uśmiechu na twarzy. Nawet trenera rozpierała energia.
Zaczął coś do nas mówić, ostrzegać nas, że nie możemy teraz dać Sewilli przejąc gry i piłki. Każdy z nas go uważnie słuchał. Aż do momentu, gdy usłyszeliśmy głośne dźwięki na korytarzu. Wszyscy spojrzeliśmy w kierunku drzwi. Przez chwilę nic się nie działo.
Aż w końcu do środka wpadli wielcy nieobecni - Pique i Alves. Widać było, że nastroje dopisywały im jeszcze bardziej niż nam tu zebranym. Darli się wręcz w niebogłosy, wymachując rękami.
- Możecie być ciszej? - skarcił ich jeden z chłopaków, ale ci nie zwrócili na to uwagi.
- Chcecie wiedzieć, co mamy? - zawołali, czym zaciekawili nas wszystkich. Każdy tylko wyczekiwał na to co powiedzą.
Ale oni chyba chcieli specjalnie wytworzyć napięcie oczekiwania, bo przez dłuższą chwilę siedzieli cicho, ciesząc się naszym zainteresowaniem.
Nagle wrzasnęli razem, jakby się na to umawiali:
- Adres Seleny!
Nie dochodziły do mnie te słowa. Reszta zaczęła krzyczeć z radości, wiwatować, skakać. A ja po prostu siedziałem z założonymi rękami, nie potrafiąc tego pojąć.
Po moim policzku spłynęła łza radości.
Boże, czy to najpiękniejszy dzień w moim życiu?


1 komentarz:

  1. O.Moj.Boże.
    Ja chcę kolejny rozdział! Jak mogłaś przerwać w takim momencie, no? ;p Czekaaaaam!!
    Buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń