niedziela, 25 września 2016

Rozdział 35.

Choć zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam, że w rogu placu zaparkowany jest czarny samochód, z którego właśnie wysiadał jakiś mężczyzna.
Na początku przeraziłam się, że może być to ktoś, kto mógłby mi zrobić krzywdę, ale moment później do głowy przyszła mi myśl, że być może to Neymar. Dlatego z nadzieją, że to on oczekiwałam aż ta osoba podejdzie bliżej.
Ale zanim jeszcze podszedł na tyle blisko, żebym mogła zidentyfikować tę osobę i zobaczyć jej twarz w świetle latarni znajdującej się nieopodal, usłyszałam:
- Nie mogłem się doczekać, żeby w końcu mieć znowu okazje porozmawiać z tobą twarzą w twarz,
I już wiedziałam kto to.
------------

~ Może ona by cię jakoś... znormalniała.

- Jaka szkoda, że nie podzielam twojego entuzjazmu - odpowiedziałam kąśliwie, patrząc jak Federico zbliża się do mnie coraz bliżej.
- Naprawdę nie pojmuję, dlaczego traktujesz mnie jak swojego wroga. To nie fair.
- Sam sobie na to zasłużyłeś. Jesteś dla mnie cholernie ważny. Ale najpierw uciekasz z jej powodu, a potem jednak postanawiasz uwierzyć jej we wszystko, co mówi. Nie sądzisz, że to trochę głupie? - zaczęłam energicznie wymachiwać rękami. Federico od momentu, gdy się pojawił miał dziwny dar, który sprawiał, że gdy tylko go widziałam, wyprowadzał mnie z równowagi.
- Nie, nie sądzę. Jeśli coś może ci się stać przez twojego chłopaka, to powinnaś trzymać się od niego z daleka, W Madrycie będziesz bezpieczna. A jeśli zamieszkasz w Barcelonie, to nie będę mógł ci tego zapewnić - był przekonany do swoich słów. Był zdeterminowany, żeby mnie przekonać.
Tyle, że ja tego nie chciałam.
- Problem z tym, że ze strony mojego chłopaka nic mi nie grozi. A to, że ty uciekłeś do Madrytu, bo w Barcelonie by cię znalazła, to nie znaczy, że ja też coś takiego zrobię - warknęłam w jego stronę.
Nie wydawał się zwracać na to uwagi.
- Ja nie uciekłem. Po prostu nie chciałem już dłużej się z nią użerać - odpowiedział, a ja się zaśmiałam.
- To właśnie oznacza ucieczkę. Nie potrafiłeś poradzić sobie z problemem, więc po prostu, wyjechałeś, uciekłeś i miałeś spokój. Ale ja w odróżnieniu do ciebie nie mam przed czym z Barcelony uciekać - prychnęłam. - I im dłużej będziesz starał się mnie przekonywać, tym ja mniej będę chciała z tobą rozmawiać - ostrzegłam.
Chyba dopiero to do niego dotarło, bo nagle jego nastrój diametralnie się zmienił, podniósł dłoń i zrezygnowany przeczesał nią włosy.
- Okay - mruknął po chwili - nie powinienem tak na ciebie naskakiwać. Ale twoje bezpieczeństwo jest teraz dla mnie priorytetem. Nie chcę, żeby coś ci się stało.
- Ale ile razy ja ci już mówiłam, że nie ma potrzeby mnie chronić? Nie jestem małym dzieckiem, żeby nie potrafiła sobie poradzić w życiu - ja sama też zmieniłam lekko mój ton, nie chciałam się z nim kłócić, bo jednak dużo dla mnie znaczył. A tym bardziej nie chciałam tego robić w środku nocy, w środku miasta...
- Czy to moja wina, że instynkt każe mi cię chronić?
- Ją nazywasz instynktem? Naprawdę, prosiłam cię, żebyś jej nie ufał - powiedziałam hardo. Nie zamierzałam gratulować mu jego zachowania. Bo nie było czego.
- Dobrze, postaram się przemyśleć to, co od niej usłyszałem. Ale pamiętaj, że wszystko, co robię wynika tylko z troski. Naprawdę cię kocham.
A zaraz potem podszedł do mnie i przytulił. Byłam w lekkim szoku, jak ta rozmowa szybko zmieniła swój charakter.
- Ja też cię kocham - wyszeptałam. - Ale daj mi swobodę, naprawdę, jeśli coś złego będzie się działo,, to będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie, dobrze? - dodałam, odsuwając się od niego delikatnie i patrząc mu w oczy.
- Okay, okay - westchnął. - Ale mimo wszystko, z tej twojej przeprowadzki do Madrytu.
- Błagam cię - jęknęłam.
- Tego sobie nie odpuszczę. Muszę cię mieć na widoku.
- Przesadzasz - zwróciłam mu uwagę.
On najwidoczniej postanowił się do tego nie odwoływać.
- Jest zimno. Może po prostu porozmawialibyśmy w moim samochodzie, a ja odwiózłbym cię do domu? - zaproponował.
A ja przypomniałam sobie o czymś ważnym i od razu pokręciłam głową.
- Nie jadę teraz do Mountblanc. Mój chłopak ma tu zaraz po mnie przyjechać.
Specjalnie nie wspominałam kim on jest.
Fede rozejrzał się po parkingu.
- Dlaczego jeszcze go tu nie ma? Powinien tu być już w momencie, kiedy ty tu przyjechałaś. Gdyby mnie tu nie było, to czekałabyś tu całkiem sama. A wtedy ktoś mógłby cię napaść i...
No to się zaczęło.
- Czy ty wszystko musisz widzieć w czarnych barwach? Spóźnia się, bo napisał mi, że coś mu wypadło i że będzie jakieś piętnaście minut później.
Jak dobrze, ze on nigdy nie potrafił rozpoznać, kiedy kłamię.
- I tak powinien już tu być - obruszył się. - Jest nieodpowiedzialny.
"Oj, żebyś ty wiedział jaki on jest cholernie odpowiedzialny" - pomyślałam.
- Myślę, Fede, że powinieneś już jechać. Wasze spotkanie jakoś nie specjalnie mi się teraz uśmiecha.
- Dlaczego? Ja bardzo chętnie go poznam - skrzyżował ręce na piersi.
- Nie ja może nie chcę, żebyście się poznawali. Po prostu jedź już, Fede. Porozmawiamy niedługo, okay?
- Nie ma mowy, nie zostawię cię tutaj samej!
- Musisz, niestety.
Westchnął. Chyba zdał sobie sprawę z tego, że mnie nie przekona.
- A co powiesz na to, żebym poczekał w samochodzie, zanim po ciebie nie przyjedzie? Muszę być pewny, że będziesz bezpieczna.
- Boże, ty masz jakąś obsesję na tym punkcie! - zawołałam, ale za moment dodałam: - Dobrze, jeśli masz mi nie dać spokoju to sobie czekaj.
Fede pożegnał się ze mną buziakiem w policzek i odszedł. Wsiadł do samochodu, ale nie odjechał, tak jak mówił, ze zrobi. A ja wyjęłam telefon i wybrałam Neymara. No, i zaczęłam się modlić, żeby odebrał.
Jeden sygnał.
Drugi sygnał.
Trzeci sygnał.
Czwarty sygnał.
Piąty sygnał.
I nagle....
- Tu sekretarka Neymara Juniora. Nie mogę teraz odebrać. Jeśli to coś ważnego to zostaw wiadomość.
Piiiiiiip.
"Neymar proszę cię, nie testuj mojej cierpliwości!"
Rozłączyłam się. I zadzwoniłam jeszcze raz.
Pierwszy sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Dziesiąty.
Znowu sekretarka.
On naprawdę mógłby testować moją cierpliwość kiedy i gdzie indziej niż o pierwszej w nocy na tym zimnie.
Zaraz się zdenerwuję.
Zadzwoniłam jeszcze raz.
I po trzecim sygnale przestałam już mieć nadzieję.
Ale nagle usłyszałam głosik po drugiej stronie słuchawki.
- Tak? - Ale to nie był Neymar.
- Hm,.. cześć Davi. Twój tata jest może gdzieś niedaleko? - zapytałam, ale w środku byłam pełna obaw. Co Neymar robi jeszcze z Davim? Przecież jeśli pojadę teraz do niego do domu, to spotkam na pewno tego małego Brazylijczyka...
Nie to, że nie chciałam. Po prostu się bałam.
- Selena! - zawołał uradowany chłopiec, a dopiero potem odpowiedział mi na moje pytanie. - Tak, ale rozmawia z jakimś panem.
- A gdzie jesteście? - zapytałam, próbując ukryć przed chłopcem zdziwienie,
- Na lotnisku. Wracamy do domu - powiedział, a zaraz dodał smutnym głosem: - Dlaczego cię u nas nie było? Chciałem cię w końcu spotkać.
- Przepraszam, skarbie. Byłam daleko i nie mogłam przyjechać. Ale następnym razem postaram się być, dobrze?
Czy czułam się źle, że praktycznie okłamywałam tak małe dziecko? Nie do końca, bo starałam się też samą siebie przekonać, że następnym razem już nie będę tak przed tym uciekać.
- Obiecujesz? - zapytał, słodkim głosikiem.
Przełknęłam głośno i dopiero wtedy odpowiedziałam.
- Obiecuję.
- Hurraaaa! - zawołał chłopiec, a w tle usłyszałam pytanie: "Daviś, a z kim ty rozmawiasz?"
A Davi odpowiedział coś w stylu, że z miłością taty. Zaczęłam się śmiać.
- Mama i Rafaela kazały cię pozdrowić - powiedział chłopiec.
- Też je ode mnie pozdrów. Ciocia Rafaela bardzo była zła, że mnie nie było? - zapytałam.
Rozmawiając z Davim w ogóle zapomniałam o tym, że siedzę właśnie na własnej walizce, na parkingu, na tym zimnie.
- Nie bardziej niż mama - zaśmiał się.
- A tata? Tęsknił za mną chociaż troszeczkę?
- Nie, wcale. Tylko mówił o tobie całymi dniami - teraz to ja się zaśmiałam.
- No dobrze Davi, to wracaj do domku, a ja już wam tam nie przeszkadzam.
- A mam coś przekazać tacie?
- Wiesz, możesz tylko mu powiedzieć, że będę czekać na niego w domu, okay?
- Okay! To pa!
- Pa, Davi - powiedziałam i zakończyłam połączenie.
Świetnie. Wypuściłam głośno powietrze z płuc. Neymar był właśnie na lotnisku, które było położone za granicami Barcelony, jak się domyślam. Zarębiście.
I wtedy właśnie przypomniałam sobie o obecności Federico. Tak jak mówił, nie zamierzał odjechać, dopóki nie odbierze mnie stąd Neymar. Więc równie dobrze to on mógł mnie do niego zabrać.
Pociągnęłam za sobą walizkę i poszłam w stronę jego samochodu. On tymczasem przerażony wyskoczył z niego i zaczął do mnie biec.
- Co się stało? - zapytał zmartwiony.
- Nic, po prostu mój chłopak nie da rady po mnie przyjechać i chciałam się zapytać czy byś mnie nie podrzucił - wzruszyłam ramionami.
- Wsiadaj - odpowiedział niemal od razu, zabrał moją walizkę i poszedł z nią do bagażnika, podczas gdy ja wgramoliłam się na siedzenie pasażera.
Moment później on też wsiadł do środka i odjechał z parkingu.
- I co byś zrobiła, gdybym tu nie został? - odezwał się, gdy wjechał na ulicę.
- Wezwała taksówkę - odpowiedziałam, starając się zachować w miarę dobry nastrój. - Skręć w lewo.
- To wcale nie jest śmieszne - powiedział, zatrzymując samochód na światłach. - Twój chłopak jest cholera nieodpowiedzialny!
- Jest najodpowiedzialniejszą osobą jaką znam, Fede. Po prostu robi teraz coś dużo ważniejszego niż głupie odebranie mnie z wycieczki. Z resztą nie jestem już małym dzieckiem, jak już mówiłam. Potrafię sobie poradzić.
- Co może być ważniejszego niż odebranie własnej dziewczyny z parkingu o pierwszej nad ranem?! - dziwił się Fede.
- Zapewne odwiezienie swojej rodziny na lotnisko - odpowiedziałam, a on spojrzał na mnie zaskoczony. - Ja nie mam mu tego za złe, więc ty tym bardziej nie powinieneś - zauważyłam.
- Ja naprawdę powinienem mieć cię na oku - mruknął.
- Nie musisz, ja serio całkiem dobrze sobie radzę.
- Jakoś nie zdążyłem zauważyć.
- Zdecydowanie powinieneś sobie znaleźć dziewczynę. Może ona by cię jakoś... znormalniała.
- Bardzo śmieszne - obruszył się.
- Mówię serio - odpowiedziałam.
Już się nie odezwał. Miałam nadzieję, że myślał nad tym, co właśnie powiedziałam. Bo miło by było, gdyby w końcu miał swoje życie i nie wtrącał się do mojego. Zupełnie jak moja matka.
- To tutaj - powiedziałam około piętnastu minut później, mimo że do domu Neymar było jeszcze dobrych 100 metrów. Po prostu nie chciałam, żeby wiedział, gdzie on dokładnie mieszka, bo mógłby się zorientować kim jest. A ta wiedza wcale nie była mu potrzebna.
- Najbardziej ekskluzywna dzielnica Barcelony? - zdziwił się.
- No tak jakoś się złożyło - pocałowałam go w policzek na pożegnanie i wysiadłam samochodu. Poczekałam aż odjedzie, machając mu, a gdy zniknął za zakrętem ruszyłam w stronę domu Neya.
Fede nie musi wiedzieć. Wręcz nie powinien.


Hey :D Naszła mnie wena więc jestem, ale w najbliższym czasie może mnie  nie być. Chcę postarać się realizować jeszcze kilka ważnych projektów, więc będę miała więcej czasu, ale chyba skłaniam się jednak do tego, żeby jednak tu z Wami zostać. Ktoś się cieszy? 

Neyforever :*

7 komentarzy:

  1. Ja się cieszę!! :D Ciekawi mnie, jak zareaguje Neymar, czy będzie jakoś Sel przepraszał.. A może coś się wydarzyło podczas jej wycieczki? Czekam na kontynuację ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy pojawi się next?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja sie ciesze!!!!😍😍😍😍 jeej ale super!!!😍😍😍 codziennie sprawdzalam bloga ale przez ostatni czas wgl nie mialam na nic czasu i nie widzialam tego rozdzialu ani tego na tym drugim blogu😐😐 ale juz je przeczytalam i jestem meegaa zadowolona😍😍😍❤ czekam na next kochana!😍 wenki zecze!😍❤😘

    OdpowiedzUsuń
  4. Pisz szybko kolejny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapraszam do siebie!!! Zachecam do komentowania!😘
    Tutaj link -----> http://neyileo.blogspot.com/2016/10/8-jesli-nicosc-jest-wieczna-bedziesz.html?m=1

    OdpowiedzUsuń